Pojedynki i w górach świnki – recenzja gry „Na końcu języka 2”

Przyznam się bez bicia – nie spodziewałem się zbyt wiele po tak prostej w założeniach karciance. Układanie słów z podanych liter wydawało mi się z zabawą skierowaną głównie do młodszych wielbicieli gier bez prądu. Jakież więc było moje zdziwienie na widok płaczących ze śmiechu dorosłych. W trakcie partii. Dzięki jednemu słowu.
Słowa w pudełku

Gra wydana przez Naszą Księgarnię została zaprojektowana przez Andrew Innesa (nie, nie tego muzyka). Trafia ona do nas w soczyście zielonym pudełku, ozdobionym logiem i informacjami o produkcji. Niewielkim, bo i zawartość nie imponuje rozmiarami. Ot, dwie talie kart w wyprasce i instrukcja. Rewersy również nie zapierają tchu w piersi. Chociaż to w sumie dobrze, biorąc pod uwagę fakt, że to gra oparta na wyrzucaniu z siebie słów. Minimalizm w dobrym guście.

Pierwszą z talii zdobią zielone plecki. Zawiera ona osiemdziesiąt osiem kart z literą i obrazkiem oraz osiem specjalnych, mających dwie sztuki symboli. To właśnie te kartoniki będą nam służyły do budowania słów. Przed rozgrywką należy je oczywiście potasować, a następnie podzielić na dwa stosy i umieścić pośrodku stołu.

Druga talia jest fioletowa. Użyjemy jej tylko w trudniejszym wariancie rozgrywki. Na awersie wiele nie ma. Tylko nazwa kategorii, dla jakiej musimy wymyślić słowo. Co ciekawe, zawarto także kilka pustych kart, na których możemy zapisać własne pomysły. Czarny napis na białym tle jest czytelny, chociaż został wydrukowany tylko w jednej orientacji, co może sprawić problemy z odczytaniem. Wystarczy jednak, że jeden gracz przeczyta na głos nazwę i po problemie. Całość elementów została solidnie wykonana.

Poetyckie lecą frazesy

Rozgrywka ma bardzo proste założenia. Każdy gracz w swojej turze dociąga kartę z zielonego stosu i kładzie ją przed sobą. Należy zrobić to szybkim i zdecydowanym ruchem. Jeśli na kartoniku, który właśnie dobrał, widnieje taki sam symbol, jak na karcie innego gracza, rozpoczyna się pomiędzy nimi pojedynek. Dosyć wyszukane słowo, określające bardzo prostą czynność, będącą w zasadzie rdzeniem gry. Otóż na każdej karcie, obok symbolu, widnieje jedna litera. Zadaniem obu graczy jest podanie słowa zawierającego obie litery. Nie ma ograniczeń, liczy się czas. Jeśli uczestnicy zdecydują się na trudniejszy wariant, to ponadto muszą swoje słowo wpasować do danej kategorii, która jest zmieniana po każdej serii pojedynków. Jakiej znowu serii? Cóż, gra opiera się na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”. Zwycięzca zgarnia kartę z góry stosiku przeciwnika i kładzie ją zakrytą w swojej puli punktów. Wtedy odkryta karta może wywołać kolejny pojedynek! I to jest właśnie wspomniana seria.

Ale, wywołując powszechne zaskoczenie, zamiast nazwy kategorii, może pojawić się magiczne słowo. I nie mam na myśli tutaj „przepraszam”, lecz wytłuszczone na czerwono „WSZYSCY”. Wtedy rozpoczyna się burza mózgów i zgrzytanie zębów. Zadaniem graczy jest bowiem ułożenie słowa z jak największą liczbą liter obecnych na stole. Można zgłosić swoją propozycję tylko raz, więc trzeba podejmować przemyślane decyzje, co nie jest przyjemne pod presją wyścigu z innymi. Gdy jakiś gracz wypowie już swoje słowo, wygrać z nim może tylko uczestnik dający więcej. A ma na to zaledwie dwadzieścia sekund, gdyż po pierwszym „zaklepaniu” rusza timer. Troszkę brakuje tu dołączonej do zestawu klepsydry i pozostaje dłubanie w telefonach. Nie jest to może straszne uniedogodnienie, ale lubię ponarzekać.

Jeszcze jednym urozmaiceniem zabawy są karty specjalne. Nie zawierają one liter, lecz dwa różne obrazki. Po dobraniu, należy umieścić je na środku stołu, by każdy mógł je widzieć. Sprawiają one, że od tego momentu, oprócz takich samych obrazków, pojedynki będą wszczynać także zawarte na karcie dopasowania. Gra toczy się do momentu wyczerpania którejkolwiek talii. Wygrywa uczestnik, który uzbiera najwięcej punktów.

Wypluj to z siebie

Na końcu języka 2 to gra pozornie prosta. Trzeba jednak cały czas się koncentrować, szukając pojedynku, by ubiec przeciwnika o kilka milisekund. Ale nawet dostrzeżenie pary przed oponentem może nie wystarczyć, jeśli do głowy nie przyjdzie nam żaden pomysł. Gra się naprawdę przyjemnie i szybko. Karcianka jest regrywalna i bardzo uniwersalna. Nie nudzi się też prędko, chociaż po więcej niż dwóch, trzech partiach zaczyna lekko nużyć. Warto ją wyciągnąć, gdy mamy chwilę czasu i co najmniej trzy zapalone do gry osoby. Można ją zabrać ze sobą w podróż, chociaż rozłożenie kart dla każdego uczestnika tak, by wszyscy je widzieli, czasem sprawi problemy, gdy nie mamy stołu albo podłogi. Wydawca deklaruje, że jest to gra imprezowa i muszę się tu także z nim zgodzić. Bo im więcej czynników rozpraszających, tym lepsza zabawa.

Małe dzieci oraz osoby z wadami wymowy mogą mieć problem z zagraniem w ten tytuł, chociaż jeśli im się uda, będą miały nie lada satysfakcję.

Tytuł z pewnością jest wart polecenia i posiadania w kolekcji, aczkolwiek może czasem utonąć w potopie innych, podobnych do niego, gier imprezowych, gdyż nie oferuje żadnej charakterystycznej mechaniki.

Ocena: 8/10
Za grę dziękujemy wydawnictwu Nasza Księgarnia.
Dyskusja