Wprowadzenie do słowiańskich mitów – recenzja książki „Dary bogów”

Zawiodłem się trochę na „Darach bogów”. Ale głównie z własnej – nadpobudliwej czytelniczo – winy, nie zaś z woli i kreacji autora, którego skądinąd wypada docenić za podjęcie tematu i formę. Odkąd padła pierwsza zapowiedź gdzieś na centralno-wschodnich kresach Polski – w Lublinie A.D. 2017 – oczekiwania we mnie tylko rosły. Nim przeczytałem „Dary” zrobiłem coś, czego szykując się na książkę pokroju „Darów” robić się nie godzi. Odrobiłem lekcje z Szyjewskich, Gieysztorów, Strzelczyków, Brücknerów, Łowmiańskich,Urbańczyków, Janionów, Zielinów. A potem na dokładkę Lewandowskich i Ostaszów. I po takiej porcji sięgnąłem po Jabłońskiego…

Lektura była przyjemna, ale w takich okolicznościach przyrody niestety mało odkrywcza – więc tych, co solidnie się w szkicach o mitach i obyczajach słowiańskich obczytali przestrzegam, że może „Dary” niekoniecznie są dla Was, przynajmniej na papierze, bo w wersji audio leje się z głośników miód. Z kolei do wszystkich, co się boją, że „Dary” mogą przytłoczyć i wolą się na zapas zabezpieczyć monograficzną podstawą – niech tego nie robią. „Dary bogów” są bowiem literackim wprowadzeniem w zagmatwany, nie zawsze jasny świat rodzimych wierzeń, choć przedstawione są w sposób klarowny i autorski.

Witold Jabłoński zrobił to, co chwilę przed nim Neil Gaiman („Mitologia nordycka”) i Jakub Bobrowski wespół z Mateuszem Wroną („Mitologia słowiańska”), a przed nimi jeszcze m.in. Roger Lancelyn Green („Mity skandynawskie”), no i wielu, wielu innych. Jako pisarz doświadczony (świetny cykl „Gwiazda Wenus, Gwiazda Lucyfer”) i historyczny erudyta (wystarczy zajrzeć na którąś z prelekcji, a i tło we wspomnianej serii albo „Słowo i miecz”) nie miałby satysfakcji ze zwykłej rejestracji czy rekonstrukcji rodzimych mitów – ze strzępów i różnych hipotez skrystalizował spójną ontologicznie i aksjologicznie przestrzeń „sacrum”, w której osadził historie kosmogoniczne, teogoniczne i antropogeniczne, zszywając i uzupełniając wszystko tak, aby czytelnik jednocześnie mógł czerpać z lektury przyjemność i pochłonąć pewien zarys mitologii (wyrazistej i oryginalnej). Jednak trzeba pamiętać, że Jabłoński nie objawia tu absolutnych prawd, nie powtarza – jak miały to w zwyczaju społeczności oralne – opowieści, on niejako bawi się w retelling, tworząc bodaj wciąż nienazwaną formę (uprawianą u nas choćby przez Jana Parandowskiego), którą analogicznie do autorskich bajek (bajek literackich), wypadałoby określić mitem literackim, aby tak jak w bajkach oddzielić utwór artystyczny od utworu ludowego.

„Dary bogów” są dziełem w pełni samoświadomym. Jabłoński we wstępie oraz komentarzach do poszczególnych tekstów wskazuje źródła i inspiracje, nie ukrywa, że zawarte w zbiorze utwory to właściwie licentia poetica, silnie umotywowana, mocno związana z naukowymi ustaleniami, zarejestrowaną kulturą ludową czy rekonstrukcjami (też tymi odtworzonymi metodą komparatystyczną). Sam narrator zapowiada, że przedstawione przezeń historie co prawda kryją w sobie ziarno prawdy, ale przechodziły z ust do ust i po drodze każdy zechciał dodać coś od siebie – oto więc Witold wskazuje na coś niezwykle istotnego, że mity mogą mieć wiele wersji, że tam za miedzą może być społeczność, która albo zna tego samego boga pod inną nazwą, albo przypisuje mu zgoła odmienne przygody i zasługi, a człowiek wpada w trans i miast być wiernym, wplata – z sobie tylko wiadomych albo ważkich dla lokalnego społeczeństwa – autorskie treści. Książka śmiało może pretendować do miana utworu dekonstruującego, autotematycznego i, nikt nie powinien mieć tu żadnych złudzeń, postmodernistycznego.

Wprawdzie „Dary bogów” były dla mnie niespecjalnie odkrywcze i wnoszące, to ich lekturę uważam za cokolwiek udaną, przyjemną i utrwalającą – innych zapewne oczarują wiedzą, dobrym wprowadzeniem do mitologii słowiańskiej. Ciekawa forma i podejście są w tym przypadku wielkim plusem, zaś brak wyższości i śmiałość Jabłońskiego odbieram za wartość dodaną. Nie sposób pominąć także widocznej tęsknoty autora do czegoś, co przed długie lata – na kolonizatorską modłę – wypierano ze zbiorowej świadomości, nieskutecznie jak widać po ruchach odrodzeniowych i tym, co skrywało się w wartościach i wzorcach słowiańskich potomków.

Dyskusja