Szata obrońcy skąpana we krwi – recenzja książki „Komandoria 54”

Rubieże to strefa przygraniczna Imperium borykającego się z problemami zarówno wewnętrznymi jak i zewnętrznymi. To właśnie tam znajduje się Komandoria 54, czyli najdalsza twierdza Zakonu Szarej Straży. To oni bronią mieszkańców przed wiedźmami i innym magicznym pomiotem, choć czasami jako zdolni wojownicy stanowią też zbrojne ramię państwa. Niestety zbliżają się ciężkie czasy – nasilają się zarówno działania barbarzyńców starających się wygryźć kolejne kęsy ziemi Imperium dla siebie jak i ataki mrocznych sił. Wojownicy Komandorii 54 nie będą mieli łatwego życia szczególnie, że jej obsada to niemal sami rekruci.

Marcin A. Guzek stworzył bardzo prostą wizję kraju, w którym magia jest rozumiana jako zło. Bohaterowie natomiast to ani nie weterani wprawieni w bojach, którzy sprostają każdemu przeciwnikowi, a rekruci którym daleko do ideału. Nie są szczególnie utelentowani ani zdyscyplinowani. Każdy z nich posiada zupełnie inne cechy charakteru, inne motywacje i inne podejście do życia. W Szarej Straży spotykają się wszelkiego rodzaju wyrzutki społeczne, ludzie przekonani o słuszności sprawy, jak i arystokraci i przestępcy. Dla jednych wstąpienie w szeregi elitarnych wojowników to sposób na zrobienie kariery wojskowej, dla innych to jedyna opcja na uniknięcie stryczka. W powieści można zatem poznać plejadę bardzo zróżnicowanych postaci, dzięki czemu ich przygody wiele zyskują. Z jednej strony łątwo się z nimi utożsamiać dzięki ich ludzkiemu obliczu, z drugiej natomiast wszyscy posiadają jakieś pokaźne skazy na charakterze.

Autor zadbał również o realizm przedstawianych wydarzeń. Świat, którego przyjdzie bronić Strażnikom jest brudny i skorumpowany. Ci z nich, którzy już od początku nie byli tym skażeni, będą musieli nauczyć się poruszać w szarościach świata, jeśli będą chcieli wykonywać dobrze swoją pracę. Niestety część za naukę będzie musiała zapłacić życiem. Guzek nie traktuje swoich postaci ulgowo – zarówno oni, jak i ich państwo wiele stracą i niekoniecznie ostatecznie osiągną sukces. Nawet jeśli część z nich okaże się stosunkowo sympatyczna (ale tylko pod pewnymi względami), w trakcie działań wojennych trudno, żeby niedoświadczeni rekruci mogli liczyć na wiele.

Mimo małego doświadczenia Marcin A. Guzek poprowadził fabułę umiejętnie, a kolejne wydarzenia następują szybko jedne po drugich. Zwięzłe, krótkie zdania odpowiadają charakterowi opowieści i postaci. Co prawda z kolejnymi rozdziałami nabierają coraz poważniejszego wydźwięku, zupełnie tak jak motywacje i zachowania postaci zyskują głębi. Trudno tutaj o wszędobylską wśród polskich twórców stylistykę nieumiejętnego pisania, natarczywe powtórzenia i nawet błędy językowe. Młody autor widać, że stworzył powieść z absolutną świadomością i wiedzą, co chce osiągnąć.

Mimo, że trudno nazwać „Komandorię 54” dziełem wybitnym czy choćby oryginalnym, czyta się ją nadzwyczaj wartko i przyjemnie. Zaletę stanowią zarówno postaci, jak i nieoczywisty przebieg fabuły. Jest to przyzwoity kawałek fantasy, który tylko czeka na rozwinięcie w kolejnym tomie. Warto zatem sięgnąć po nie oba i poznać kolejnego polskiego twórcę, którego ewidentnie nie można się wstydzić.

Dyskusja