Kiedy miecz to za mało – recenzja książki „Bakly. Szukając Śmierci t.1”

Miroslav Žamboch to obecnie chyba najbardziej rozpoznawany i najpopularniejszy czeski twórca fantastyki. Wieloma książkami wydanymi również na polskim rynku udowodnił swoją klasę. Jego powieści trudno zakwalifikować do najwybitniejszych dzieł gatunku, jednak trudno wśród nich znaleźć również takie, które spowodowałyby u czytelnika ziewnięcia znudzenia. Jednym z najpopularniejszych dzieł przystojnego Czecha jest cykl o Koniaszu, natomiast nowa książka „Bakly” jest jego kontynuacją. Czy autorowi udało się utrzymać wcześniejszą jakość?

„Bakly” jest w zasadzie książką powstałą bez szczególnego scenariusza. Wszystko opiera się na kilku charyzmatycznych postaciach, które wykonują swoje misje, czasami nawet ich nie rozumiejąc. Poznając ich losy, czytelnik tworzy sobie ogólną wizję świata, lub konkretniej jednego z miast portowych. Idylliczna atmosfera typowa jest dla mniejszego miasta, które powoli zaczyna prtendować do wyższej rangi. Problem w tym, że ktoś wypuścił w podziemiach tajemniczą istotę, która szybko pnie się po kolejnych stopniach ewolucji i niedługo zacznie siać niewobrażalną grozę. Trudno jednak powiedzieć kto ją ujażmi, ponieważ kandydatów jest aż ponad miarę.

Žamboch nieustannie zmieniając plan wydarzeń i stopniując nacisk fabularny na kolejne postaci sprawia, że w książce, w której fabuła jest prosta jak linijka trudno o nudę. Sceny dialogów następują na zmianę po scenach szybkiej akcji. Dodając do tego samą postać Bakly’ego, który ma problemy z własną tożsamością (trudno powiedzieć, żeby była to niespotykana cecha wśród tworów pana Miroslava), otrzymujemy połączenie może nie szczególnie efektywne, ale na pewno efektowne. Kolejne wydarzenia gonią się jak podczas wyścigu z kolejnymi elementami układanki. Jedynym zarzutem może być tylko to, że nic z tego nie jest ani troszkę zaskakujące. Miło by było, gdyby autor potrafił zadziwić czytelnika. W pozostałych książkach udało mu się tego dokonać, więc pozstaje nadzieja, że w kolejnych częściach dotyczących Koniasza i jego kompanii tak pokieruje fabułą, że zyska ona pewną dozę oryginalności.

„Bakly”, tak jak wszystkie dokonania pisarza oddany jest prostym, nieskomplikowanym stylem, który w odpowiedni sposób uzupełnia się z treścią. Czytelnik ani przez chwilę nie wątpi o co chodzi w kolejnych akapitach, nie zastanawia się również nad interpretacją. Spokojnie i z przyjemnością połyka kolejne rozdziały. Te są napisane krótkimi, nie pozostawiającymi wątpliwości zdaniami.

Książkę swoimi ilustracjami przyozdobił Paweł Zaręba. Niektóre są mało czytelne i sprawiają wrażenie zaplanowanych w pośpiechu, jednak spora część z nich prezentuje się dobrze i aż żal, że nie można zobaczyć ich w pełnym kolorze, w którym zapewne prezentowałyby się jeszcze lepiej.

„Bakly’ego” nie trzeba zatem polecać fanom Žambocha, którzy wiedzą czego się spodziewać. Jeśli jednak nie mieliście zapoznać się z twórczością tego pisarza, jego najnowsze osiągnięcie może stanowić pewnego rodzaju wyznacznik jakościowy. Można po niego sięgnąć nawet nie znając fabuły ani świata zaprezentowanego w poprzednich częściach. Wszystko jest tutaj niesamowicie proste i przejrzyste i autor prowadzi czytelnika od pierwszych do ostatnich stron niemal za rączkę.

Dyskusja