Kres ludzkości – recenzja książki „Cieplarnia”

Za tysiące lat, kiedy Słońce wejdzie w nową fazę rozwoju i zacznie mocniej ogrzewać Ziemię, kiedy ta zatrzyma swój obrót wokół osi, cały kontynent zostanie pokryty wielkim lasem składającym się z jednego drzewa. W tym ciepłym i okrutnym świecie przyjdzie żyć niedobitkom ludzkości – skarlałym i otępiałym. Na każdym kroku będą na nich czyhały niebezpieczeństwa, a droga przez życie stanie się katorgą.

Niedawno zmarły Brian W. Aldiss to jeden z twórców nurtu science-fiction, którego można zaliczyć do grona klasyków złotej ery. Był on jednym z pisarzy, którzy podążyli tropem pierwszych prekursorów i należąc do drugiego pokolenia, wraz z takimi twórcami jak choćby Robert E. Heinlein rozwinął gatunek, pokazując jego inne oblicza. W swojej powieści „Cieplarnia” zaprezentował niezbyt popularny ówcześnie temat krańca ludzkości. Nie jest to jednak łabędzi śpiew przy wtórze wybuchów i wojen. Jego wizja polega na degradacji wynikającej z przegranej człowieka z naturą. Krwiożercze rośliny od mileniów zbierają żniwo wśród ludzkości. To ludzie właśnie stanowią pożywnie dla nich i to oni każdy błąd przypłacają śmiercią. Ponura to wizja i pokazująca, jak drobnym pyłkiem na ziemskim globie jest człowiek.

Wielu mogłoby zarzucić „Cieplarni” fakt, że nie ma ona wiele wspólnego z logiką czy fizyką. Wizja zatrzymania Ziemi i Księżyca, przejścia Słońca w aktywność prawie supernowej czy fakt, że rośliny zwyciężyły ze zwierzętami i same rozpoczęły życie mobilne i wielce drapieżne są niemal baśniowe. Tak samo zadziwiający pozostaje fakt, jak rasie ludzkiej udało się przetrwać, kiedy zgodnie z fabułą liczebność praktycznie każdej zbiorowości jest redukowana niemal z tygodnia na tydzień o połowę. Niemniej nie są to bynajmniej wady książki – jak wyżej wspomniałem jest to dosyć baśniowe podejście do tematu i w takich ramach należy to przestrzegać. „Cieplarni” znacznie bliżej do książek Juliusza Verne, Jerzego Żuławskiego czy innych klasyków gatunku. Kolejne wydarzenia i reakcje bohaterów nawiązują raczej do apokryficznych tekstów „Biblii” niż do innych dzieł twardej fantastyki. Jest to cecha charakterystyczna dla wczesnych powieści nurtu, niezbyt często obecnie spotykanych.

Autor w kolejnych rozdziałach przedstawia niesamowite krainy, małe społeczności czy rośliny. Podczas lektury ma się wrażenie, jakby czytać przygody Guliwera tylko o tysiąclecia późniejsze. Aldiss ani na chwile nie przestaje strzelać kolejnymi niesamowitymi wizjami z prędkością karabinu maszynowego. I tak jak w przypadku książki Jonathana Swifta czytelnik może śmiało skupić się na tym co i w jakich okolicznościach się dzieje, jednocześnie zachwycając się niesamowitością świata, a mniej wysiłku powinien wkładać w logiczne rozpatrywanie wszelkich „za” i „przeciw”.

„Cieplarnia” jest zatem książką niezaprzeczalnie oryginalną. Łączy cechy kilku odmiennych gatunków o oscyluje gdzieś pomiędzy opowieścią przygodową a zapisem majaków sennych. Jest to pozycja dla wszystkich, którzy lubią prozę nietuzinkową, z teatralnym klimatem. Tu wszystko sprawia wrażenie nie logicznego, a dokładnie wyreżyserowanego. Kto się zatem odważy sięgnąć po tę książkę?

Dyskusja