Fantasy dobre jak wiele innych – recenzja książki „Dom między chmurami”

„Dom między chmurami” C. Klobuch zdaje się kolejnym oklepanym fantasy, w którym wątek romansowy będzie rdzeniem opowieści, a wszystko inne będzie kręcić się wokół tych motywów. Ale po kilkudziesięciu stronach można odetchnąć z ulgą, bowiem powieść okazała się całkiem przyjemnym, dobrze napisanym high fantasy.

Pierwsze wrażenie wzięło się chyba z okładki i blurbu, które komunikują, że czytelników czeka przygoda rodem z Maas, Aveyard czy Clare. Trudno stwierdzić, czy takie zagranie było dobre – teoretycznie sprzedażowo tak, ale być może odbiło się przez to kilka osób, dla których z pewnością pisana była ta książka. Miejmy nadzieję, że jednak po nią sięgną, ponieważ szkoda byłoby zgasić szansę serii nim ta na stałe zagości w domowych bibliotekach.

Fabuła „Dom między chmurami” opowiada o Wielkim Księstwie Ostrodu, niegdyś znaczącym kraju, dziś podupadającym państewku, którego blask chwały przed stuleciami zgasił koczownicy najazd. Państwo nigdy nie zdołało podnieść się z kolan, a na horyzoncie zaczęło majaczyć kolejne potężne zagrożenie. Jedyną nadzieję wydaje się przybłęda z południa, która ma poskromić olbrzymiego, niosącego śmierć ptaka.

Oryginalność może nie jest najmocniejszą stroną Klobuch, chociaż udane połączenie pozornie oklepanych tematów i motywów przyniosło tutaj pozytywne skutki. Wszystko rozpoczyna się od niewielkiego, wręcz niezobowiązującego zadania, które jeden z głównych bohaterów się podejmuje – ma poskromić drapieżnego ptaka, co potem przełoży się na ratunek świata, a przynajmniej królestwa. Oto bowiem zwykły… ostatni syn, człowiek z ludu staje się nagle wybrańcem, którego przeznaczeniem jest odegnanie nadchodzącego zła – na szczęście niejednoznacznego i skrytego za ludzką, mającą swe powody maską. Nie obędzie się też bez rozbudowanego, nie dominującego (sic!) wątku romansowego, a dopełnia go protagonistka, uosobienie literackiego pierwiastka kobiecego, również potraktowanego lepiej niż w tradycyjnych formach, co znaczy, że aktywnie tworzącego fabułę i dążącego do własnych celów, choć potrafiącego i co nieco poświęcić.

Tak oto rysuje się przed nami może i niezbyt niepowtarzalna historia – z domieszką mitologii słowiańskiej, nie aż tak odczuwalną, jakby wskazywał na to opis – którą czyta się o dziwo bardzo dobrze. Autorka potrafi piórem zrobić coś więcej niż „ona niedostępna, on bohaterski – ratują świat i mimo początkowego konfliktu charakterów żyją długo i szczęśliwie”. Nie. U Klobuch tak łatwo nie jest, a powiedzieć, że często jest im pod górkę, to jakby powiedzieć, że przy polowaniu gołymi rękami na orła cesarskiego można się spocić… Jest tu parę zaskoczeń, które co prawda przewidzieć się dało, ale pisarka tak poprowadziła opowieść, że albo czytelnik skoncentrował się na czymś zupełnie innym, albo – przez wzgląd na inne elementy – nie brał takiego rozwiązania pod uwagę. Z tym, że to wcale nie oznacza, że w książce suspens polega na deus ex machina, wręcz przeciwnie – większość zwrotów akcji ma logiczne wyjaśnienie.

A na samej narracji plusy się nie kończą. Klobuch odrobiła lekcje ze światotwórstwa u Sandersona, choć i czerpie garściami od Maas (czego osobiście nie uważam za przesadnie dobre rozwiązanie), rysy psychologiczne tworzy jakby praktykowała u Abercrombiego, natomiast romansu uczyła ją ewidentnie… Clare. Co mówi, że będzie ckliwie. Nawet bardzo. Ale są zadatki i nadzieje na coś znacznie lepszego w przyszłości. „Dom między chmurami” to bowiem pierwszy tom zapowiadającego się całkiem nieźle cyklu. Warto sięgnąć i przyglądać się z uwagą kolejnym dziełom Klobuch.

Dyskusja