Ostatnie lato Wandalów – fragment

Trzaskający na palenisku ogień słabo oświetlał niewielką, obwieszoną suchymi ziołami grotę. Pod ścianą, otoczona kagankami, stała ubrana w szaty mała drewniana rzeźba, niezgrabnie przedstawiająca kobietę o trzech twarzach. Na środku pomieszczenia coś bulgotało w kociołku, wydzielając intensywny zapach. Pochylona nad nim niska kobieta w szarej sukni odgarnęła z czoła siwiejące włosy i sięgnęła po jakieś suche liście. Miała poważną twarz o ostrych rysach i ciemnych, uważnych oczach. W młodości mogła być ładną dziewczyną, teraz jej twarz szpeciły stare blizny po oparzeniach. Co pewien czas rzucała krótkie, badawcze spojrzenia na stojącą z zaciśniętymi ustami Wandę. Przypominała trochę wyrośniętego krogulca sprawdzającego, czy ma do czynienia z wróblem czy pustułką.

— Głowa mi pęka od tych biesiad — mruknęła, wskazując łyżką róg jaskini, skąd którymś z podziemnych kominów dochodziły przytłumione odgłosy uczty. — Chyba kiedyś naślę na nich jakiegoś potwora — mrugnęła do królewny i wróciła do mieszania w kociołku.

— Czemu ja ci zaufałam, wiedźmo?!21 — wybuchła w końcu Wanda.

— Komes Ritigern do nas zjechał? — uśmiechnęła się domyślnie kobieta.

— Nie do nas, tylko do ojca! Do swojego kraka!

Kobieta przestała mieszać w kociołku i spojrzała poważnie na Wandę.

— Bogini czasem spełnia nasze życzenia, ale nie odmienia losu. Dlatego powinnyśmy bardzo uważać, czego sobie życzymy.

— Spełnia? — Dziewczyna potrząsnęła głową. — To dlaczego go tutaj nie ma, czarownico?!

— „Wiedząca” brzmi jednak odrobinę uprzejmiej, nie sądzisz, moja droga? — odparła nieco protekcjonalnie kobieta. — A co do pytania… Urok zadziałał, za resztę nie możesz mnie winić — wzruszyła ramionami. — Poza tym — zmrużyła oczy — widzi mi się, że wam niepotrzebne były żadne zaklęcia.

— To dlaczego ukrywa się gdzieś za górami i lasami z tą swoją Amalfridą?! — spytała ze złością Wanda.

— Może właśnie dlatego — odparła spokojnie wiedząca, dorzucając coś do wywaru. — Życie nie jest takie proste, nie wszystko da się załatwić czarami. Zresztą, powiedz mi, Wando, co ty w nim widzisz? Gładki, bo gładki, nie przeczę…

— Nie śmierdzi zeszłorocznym piwem, nie trzyma wszy w skudlonej brodzie, nie uważa, że świat kończy się za horyzontem, a nawet, o bogowie, zna obce języki — odparła zirytowanym głosem dziewczyna, biorąc się pod boki. — Do tego bywa dowcipny i uprzejmy.

— Pamiętaj, moja droga, że to człowiek z przeklętego plemienia. — Kobieta zamieszała wywar w drugą stronę.

— Tak jak i ja, Ingomaro!

— To prawda. — Wiedząca uniosła głowę znad kociołka i zlustrowała Wandę od stop do głów. — Lecz może bogowie będą dla ciebie łaskawi przez wzgląd na twoją matkę. Nie wiem, ale nad tamtymi wisi zły los.

Wanda wzruszyła ramionami. Zakręciło jej się w głowie od unoszących się w jaskini oparów. Oparła się ręką o ścianę i przysiadła na stojącej z boku krzywej ławie. Po chwili zerwała się jednak.

— Spraw, by tu został, Ingomaro! Wiem, że potrafisz!

Z ciemnego kąta jaskini rozległ się cichy szyderczy śmiech. Wanda drgnęła przestraszona. Z cienia wysunęła się szczupła postać w brunatnym płaszczu z kapturem. Wciąż się śmiejąc, zrzuciła kaptur, ukazując młodą, ale bardzo bladą twarz, okoloną smoliście czarną brodą.

— By został, by został — zanucił dźwięcznym jak metal głosem. — A nie wolisz, księżniczko, przystojnego Stainhulma? Stainhulma, który zna cały podziemny świat, zna język żelaza i złota? — popatrzył na nią wielkimi, czarnymi jak węgle oczami.

— Kto to?!

— Stainhulm, dwergar22 — westchnęła z dezaprobatą Ingomara. — Bywa miły, ale ma wyjątkowo drażniący zwyczaj pojawiania się bez zaproszenia.

— Stainhulm nie potrzebuje zaproszenia we własnym domu — roześmiał się.

— Czy on musi tu być? — spytała z irytacją Wanda, ignorując dwergara.

— Zostaw nas, Stainhulmie — zwróciła się do niego Ingomara. — Proszę — dodała z naciskiem.

— Stainhulm ma też zręczne dłonie i duże przyrodzenie — wyszczerzył ostre zęby.

— Ona nie jest dla ciebie. Idź już albo będziesz sobie warzył piwo z żelaza i złota — pogroziła mu łyżką.

— Zazdrośnica — zaśmiał się dwergar, ale cofnął się w cień i zniknął za skalnym załomem, a może w samej skale.

— Przepraszam cię — westchnęła Ingomara.

— Sprawisz, by Ritigern został?

— Nie wszystko da się załatwić czarami — powtórzyła z naciskiem kobieta. — A nawet gdyby. Chciałabyś go tu mieć spętanego, otumanionego?

Wanda bez słowa pokręciła głową.

Dyskusja