Apetyt niezaspokojony – recenzja książki „Całopalenie”

Być może po przeczytaniu blurba „Całopalenie” będzie się dziś wydawać dobrze znaną kliszą nawiedzonego domu – mimo że to po części ona te schematy wykreowała. Niech nikt nie da się zwieść. Powieść Roberta Marasco na wielu płaszczyznach zaskakuje, posiada element wyróżniający na tle ówczesnych oraz podobnych dzieł. Jednak jest to też tekst nierówny.

Znudzona życiem i ciasnym, dusznym mieszkaniem na Brooklynie rodzina Rolfe’ów nie zastanawia się długo, gdy pojawia się okazjonalna oferta wynajęcia na dwa miesiące posiadłości z basenem. Na miejscu wszystko wygląda jeszcze wspanialej, a jedynym warunkiem poza niską kwotą jest niewymagająca opieka nad mieszkającą w jednym z pokoi staruszką, której wystarczy przygotować posiłek, sama zaś nie będzie sprawiać kłopotów. Tylko że pozorna idylla szybko pryska, oaza z każdą chwilą przeistacza się w dom koszmarów.

Marasco niemało uwagi poświęca bohaterom, stara się solidnie zarysować ich charaktery, pokazać jakie motywacje stały za poszczególnymi postawami, decyzjami, czynnościami. Czytelnik wreszcie dobrze wie, w jaki sposób może zachować się postać w określonej sytuacji – w tym przypadku udało się nawet uhiperrealnić, przez co napięcie w niektórych fragmentach gaśnie, przewidywalność nie pozwala zaskoczyć. Niestety, wiele na tym cierpią relacje – to, co w kinie nazwalibyśmy chemią między głównymi sylwetkami – są opisane zbyt szczegółowo, rozwlekle i autor wyraźnie silił się na autentyzm, którego ostatecznie brakuje, a ton opowieści nabiera nut parodii.

Na pewno nie jest to horror dla tych, którzy lubią współczesne, dynamiczne, pełne akcji dzieła. Narracja w „Całopaleniu” snuje się niemrawo, kluczowe momenty rozmieszczone są stosunkowo rzadko, jedynie trzecia część książki nieco przyśpiesza, bardziej angażuje, ale wynika to zapewne z efektu rozwiązywania tajemnic i domykania wątków. Nie zawsze to satysfakcjonuje, trochę rozwiązań budzi wątpliwość, jakoś nie pasuje do całości, Marasco mógł domknąć niektóre wątki ciekawiej, sensowniej. Choć być może wiele tu zależy od różnic między wrażliwością lat 70. a współczesnością.

Zdecydowanie in plus wypada tu specyficzny, gęsty klimat i pieczołowicie oddane realia. Porównania do „Egzorcysty” – po lekturze – nie wydają się już przypadkowe i trudno nazwać to czczym zabiegiem marketingowym. Czytelnik szybko dostrzega, że kameralny teatr zdarzeń, mimo że ustronny zaczyna dusić bohaterów – i co równie ciekawe również czytelnika – krępować, wyprowadzać ze strefy komfortu jak w brooklyńskim mieszkaniu. Z tym, że tam było to cierpienie głównie fizyczne. Potem całe szaleństwo się pogłębia, rodzina zostaje poddana próbie, aż do przełomowego momentu…

Ostatecznie „Całopalenie”, choć w wielu miejscach nierówne, przesadnie rozpisane, nie pozostawia po sobie mieszanych uczuć, tylko satysfakcję i przyjemność. Wprawdzie motywy z powieści dla współczesnego odbiorcy nie mają takiej wagi albo są po prostu zwietrzałe, to całościowo tworzą obraz, opowieść wciąż budzącą emocje i zainteresowanie. Pomimo upływu lat.

Dyskusja