Zło w dwóch wariantach – recenzja książki „Twierdza”

W „Twierdzy” F. Paula Wilsona pobrzmiewają sztampowe nuty horrorów lat 80., pewna fascynacja wampiryzmem XIX i XX wieku, motywami rodem z H.P. Lovecrafta, a także wciągająca, czasem przewidywalna fabuła, która mimo wszystko ostatecznie zaskakuje. Bardzo, niespodziewanie i sensownie.

W zdawać by się mogło porzuconej fortyfikacji na skraju rumuńskich Karpat nazistowski oddział pragnie założyć posterunek, niewiele sobie robiąc z ostrzeżeń lokalnych mieszkańców. Grupa Wermachtu rozbija się między surowymi, ciemnymi ścianami tytułowej twierdzy, a gdy zapada zmrok budzą się demony, ginie wartownik, następnego dnia kolejny i proces powtarza się co noc. W końcu naziści zaczną szukać pomocy u żydowskiego naukowca.

Autor na początku powieści z rozmachem zabiera czytelnika z lokacji do lokacji, z Polski do Portugalii, choć to chwilowe sceny, dające tylko pozorne wrażenie relokacji akcji. Trzon fabuły w pełni skupia się na rumuńskiej prowincji, gdzie niepokojący, zimny teatr odegra walkę dobra ze złem w dwóch postaciach. Zła moralnego, ludzkiego, które można zrozumieć, ale nigdy zaakceptować – żołnierska formacja na kartach książki przedstawia zaprzeczenie istoty człowieczeństwa, tkwiące w fanatyzmie nazistowskiej ideologii. Z drugiej strony, w zakamarkach górskiej twierdzy drzemie coś niepojętego, niezrozumiałego i pierwotnie złego – coś, z czym nie można wygrać jak z żelaznym tyranem.

W tak malowniczych okolicznościach, gdzie motywy iluzorycznie wampiryczne mieszają się z lovecraftowską grozą, ludzkim okrucieństwem na sposób nazistowski przerysowanym oraz bogatą symboliką judeo-chrześcijańską nic dziwnego, że wielu odebrało powieść jak pulpę. Jest w rzeczy samej pulpą, szablonową, poprowadzoną widowiskowo, z nierzadko tanimi chwytami, acz sięgającymi czasem głębiej, do tematów, których nie sposób nazwać błahymi. Oto bowiem Wilson czerpiąc garściami z dorobku wielkich poprzedników, a także współczesnej mu twórczości (m.in. Kinga) opracowuje dzieło, które ma znamiona lat 80., fascynacji chwytliwymi, odrobinę przerysowanymi i naiwnymi motywami, chociaż w książce widać również dziedzictwo powieści grozy końca XIX i początku XX wieku.

Wprawdzie wiele w „Twierdzy” nawiązań i zapożyczeń, widać podobieństwa między poszczególnymi rozwiązaniami, ale Wilson wpadł na suspens dość nieoczekiwany. Szczególnie, że narracja prowadzona jest w taki sposób, że trudno przedwcześnie przewidzieć finałowy twist – czytelnik łatwo daje się zwieść, poprowadzić swobodnie za rękę przez rozwój wypadków, czekać aż z kapelusza wyskoczy wampir czy stereotypowy czort. A na końcu, może nie szok, ale z pewnością uznanie dla autora.

„Twierdza” skrywa wiele tajemnic, których odkryciu towarzyszyć będzie satysfakcja, przyjemność i zaskoczenie. Dobrze poprowadzona, nieco szablonowa (wzorem lat 80.) fabuła, ciekawie poruszony temat zła moralnego i pierwotnego, a także dychotomii człowieczeństwa. Jednak najbardziej ubolewać można nad niewykorzystaniem potencjału bohaterów, nieprzesadnie rozbudowanych i czasem opatrzonych jedną/dwiema wyróżniającymi cechami. Z tym, że to całościowo nie przeszkadza w odbiorze nie przypadkiem klasycznego już dzieła.

 

Dyskusja