Małe Licho i lato z diabłem – fragment

Licho obudziło się głęboko skonfundowane.

Ostatnio, dzięki tygodniom wytężonej pracy nad grą, którą Bożek wymyślał, komplikował i wymyślał jeszcze bardziej, nieco poszerzyło słownictwo. Wiedziało więc, że „skonfundowany” to tyle co „zmieszany” albo „zagubiony”, tylko pokrętniej (i z przyczajonym N, tym drugim, o którym ciągle zapominało). Nauczyło się również, chociaż wcale nie chciało, co znaczy „ambiwalentny”. Dzięki temu mogło teraz z całą anielską stanowczością stwierdzić, że jest skonfundowane właśnie tak. Ambiwalentnie, czyli z różnych stron, z każdej zaś inaczej.

No bo z jednej strony — znów było w domu. Swoim domu, tym najpierwszym, najukochańszym, czyli w Lichotce, którą tamtej straszliwej nocy strawił ogień. Pożarł ją caluteńką, razem z wieżyczką, gdzie mały anioł mieszkał, odkąd sięgał pamięcią, oraz drzewem znad utopcowego stawu. Po starym budynku pozostała jedynie piwnica, a mimo to Licho czuło jego zapach, aurę, czuło każdym skrawkiem swego anielskiego ciała, że wciąż jest u siebie, jak dawniej.

Ale nie do końca — i to była właśnie ta strona druga, przeciwna. Od pożaru minęły lata, bardzo dużo lat, w sam raz na jednego Bożka. Ktoś w końcu uprzątnął pogorzelisko, a na ocalałej piwnicy postawił zupełnie nowy dom, choć już nie tak duży ani gotycki, i w ogóle bez wieżyczki. I ten dom należał teraz do kogoś zupełnie nowego, przez co Licho, choć czuło się u siebie, to jednak całkiem inaczej.

Tyle że z trzeciej strony… och, alleluja, jakież to było skomplikowane! No więc z tej trzeciej strony „inaczej” wcale nie znaczyło, że źle! Wprost przeciwnie. Mały anioł przymknął oczy i pociągnął nosem. Zapach znajomych Krakersowych macek i czterech pyskatych utopców dawno już się ulotnił z polany pośrodku lasu. Teraz pachniało tu bardziej… sierściowo. A przede wszystkim bardzo, ale to bardzo racuchowo, z wyraźną nutą cukru i cynamonu, czyli przenajprzyjemniej. Czy tak właśnie pachniały czorty?

Cichutko, żeby nie obudzić przedwcześnie Bożka, który dopiero zaczynał tracić widmową przezroczystość, straszliwie zaciekawione Licho wyjrzało z przytulnej sypialni i aż rozdziawiło buzię z zachwytu. Och, alleluja! Jakaż to była cudowna kuchnia! Tchnęła nie tylko najczarowniejszymi woniami — sugerującymi, że w tym domu mieszka co najmniej jeden łakomczuch, a spiżarnia pęka w szwach od smakołyków — ale też dobrem i śmiechem, i bliskością, i świeżym chlebem. Od tej mieszanki małemu aniołowi zrobiło się lekko na sercu i ciepło w duszę (oraz nieco burcząco w żołądku). Zachęcony, podreptał boso do uchylonych drzwi wejściowych, zza których wyzierał świat.

Polana pośrodku lasu powitała go promieniami porannego słońca i jednostajnym buczeniem — takim cichym, cichuteńkim. Licho rozejrzało się, zmieszane, wypatrując źródła tego dźwięku. I nagle zrozumiało! To setki, a może nawet tysiące pszczół i trzmieli uwijały się, żeby zdążyć ze zbiorami przed nastaniem największego upału, który już wisiał w powietrzu. Raz po raz to przysiadały na płatkach, to znów nurkowały w kielichach kwiatów i wypinając krąglutkie, pasiaste pupcie, zbierały smakowity pyłek.

A było z czego zbierać, bo polana, niegdyś zaciszna i niepozorna, teraz tonęła w zieleni gęsto przetykanej wszelkimi kolorami, jakie znała natura. Polne maki, chabry, osty i rumianki kołysały się wśród wysokiej trawy, sięgającej aż po linię lasu. Tu i tam rozłożyste hortensje pyszniły się wielkimi kwiatostanami — białymi, różowymi albo błękitnymi, gdzie indziej zaś tuliły się do siebie przysadziste krzaczki czerwonej werbeny albo rozpościerały łany lawendy. Wzdłuż werandy płożyły się nieskrępowanie zagony wonnej kocimiętki. Jej drobne fioletowe kwiatuszki przyciągnęły zarówno owady, jak i niewielką długowłosą psinę, która wystawiła pyszczek do słońca i mrużąc oczy, cieszyła się jego blaskiem.

Och, tak. Bez wątpienia polana tętniła życiem jak chyba nigdy przedtem.

Oniemiałe z zachwytu tą roślinną obfitością Licho nie od razu zauważyło rosłą postać, która dumała nad czymś nieopodal drewutni. Odstawiwszy taczkę do cienia, wzięła się pod boki i ze zmarszczonymi brwiami przyglądała się uważnie czemuś na ziemi. Miała na sobie krótkie spodnie khaki i luźną koszulę w czerwono-czarną kratę, z rękawami podwiniętymi tuż pod łokcie, spod której wyzierał biały T-shirt. Niesforne, gęste pukle zebrała w kok na czubku głowy, żeby jej nie przeszkadzały przy pracy. Z daleka przypominała trochę wyrośniętą cebulę.

— Bazylu! — zawołała nagle, nie patrząc za siebie. — Czy ty może pamiętasz, co ja miałam zrobić z tymi kijami, które zostawił Roch? Wetknąć je werbenie miododajnej czy tylko do pachnącego grosz… ku. Och. — Umilkła, gdy obejrzawszy się przez ramię w stronę domu, dostrzegła stojące na werandzie Licho.

Przez chwilę patrzyli na siebie ponad kwietnymi łanami, bosy anioł stróż i wiła w kraciastej koszuli. W końcu, uwolniwszy dłonie z roboczych rękawic, Oda Kręciszewska podeszła bliżej.

Zatrzymała się parę kroków przed stopniami prowadzącymi na werandę. Z tej odległości Licho widziało doskonale czerwoną plamkę u nasady jej nosa i błyszczące przekorą oczy. Mogło nawet policzyć piegi, którymi twarz wiły upstrzyło letnie słońce. Była dokładnie taka jak w opowieściach Bożka — wysoka, silna i ciepła. I rzeczywiście pachniała wiatrem!

— Dzień dobry — przywitała się i uśmiechnęła zachęcająco do małego anioła.

— …dobry — pisnął mały anioł stróż, onieśmielony i zarazem zaskoczony tym faktem.

— Jestem Oda. A ty?

— …o.

— Słucham? — Nachyliła się delikatnie w jego stronę, wymownie nadstawiając ucha.

Licho zacisnęło mocno piąstki, nabrało głęboko powietrza i zanim odeszła je wszelka odwaga, jaką zdołało w sobie znaleźć, wyrzuciło z siebie:

— JESTEM LICHO I JESTEM GRZECZNE! A-a-alleluja — dorzuciło jeszcze resztkami animuszu. Istotnie, było bardzo grzeczne, a do tego wielce przyjazne ze swej anielskiej natury i nastawione na kontakt z człowiekiem, tyle że ta kraciasta pani dziwnie je onieśmielała.

— Grzeczne, powiadasz — powtórzyła, unosząc brew. W kącikach jej ust już drżał kolejny uśmiech. — No kto by pomyślał… A co sądzisz o podkoszulkach?

W pierwszej chwili Licho nie zrozumiało, ale w drugiej, która nastąpiła zaraz po pierwszej, doznało olśnienia. Tsadkiel! To musiało mieć związek z Tsadkielem! Tak, zdecydowanie. Podkoszulki brzmiały BARDZO Tsadkielowo. I kalesony. I nić dentystyczna. I wątróbka z cebulką, i tran, i brokuły, i inne przykre powinności. Tak, uświadomiło sobie z narastającą grozą, to na pewno o to chodziło tej miłej pani i na pewno przez to było takie zdenerwowane — przez świadomość, że przecież Tsadkiel już tu był i na pewno wyznaczył określone standardy anielskości, jak to Tsadkiel. Och, niedobrze, alleluja, bardzo niedobrze…

Dyskusja