Mam własne zdanie, a nie wytatuowane na mózgu gotowe slogany z „Gazety Wyborczej” czy TVN – wywiad z Jackiem Piekarą

Adrian Turzański: „Przeklęte przeznaczenie” zamyka Ruską trylogię, czyli miniserię wewnątrz inkwizytorskiego cyklu. Gdzie na linii czasowej należałoby ją umieścić?

Jacek Piekara: Ruska trylogia jest odrębną opowieścią, którą można czytać nawet bez znajomości jakiejkolwiek książki o inkwizytorach. Jednak jeśli pokusilibyśmy się o ustawienie jej na linii czasu, to znajdzie się przed „Kościanym Galeonem” oraz przed czwartym tomem cyklu „Płomień i krzyż”.

AT: Czujesz ulgę po domknięciu tego rozdziału? Albo obawę, że przyszedł czas trudniejszych projektów? A może ekscytację perspektywą nowej pracy?

JP: Jestem bardzo zadowolony z tego, co narodziło się z Ruskiej trylogii. Polubiłem również nowo wprowadzoną bohaterkę, czyli Nataszę, która, jak wiem, spodobała się również wielu czytelnikom. Jest ona interesująca i bardzo naturalna w swoim postępowaniu, łączy wręcz infantylną niewinność z ogromną bezwzględnością. Poświęciłem jej dużą część posłowia, opowiadając o tym, jak przebiegała ewolucja tej postaci. To smaczek dla wszystkich, którzy lubią opowieści behind the scenes. Ekscytacji nową pracą nie zdążyłem nawet poczuć, bo już kończąc „Przeklęte przeznaczenie”, pracowałem nad czwartą częścią cyklu „Płomień i krzyż”. Miałem w maju wyjechać na chwilę do ciepłych krajów, żeby odpocząć, ale epidemia powiedziała: zostajemy w domu. No to siedzimy w nim…

AT: No właśnie, przyszedł czas na czwarty tom „Płomienia i krzyża”. A potem na… „Czarną śmierć”? Chyba że czeka nas coś pomiędzy?

JP: Tak właśnie powinno wszystko wyglądać. Czwarty tom „Płomienia i krzyża” oraz zaraz po nim „Czarna śmierć”. Jednocześnie muszę skończyć dużą, naprawdę dużą książkę publicystyczną „Okiem inkwizytora”, w której piszę o problemach politycznych, społecznych czy kulturalnych współczesnego świata. Mam nadzieję, że lekka forma kilkudziesięciu niezbyt długich felietonów, uszeregowanych w kategorie tematyczne spodoba się czytelnikom.

AT: W tym miejscu nie mogę też nie wspomnieć o „Rzeźniku z Nazaretu”. Wielu położyło już krzyżyk na tym dziele. Na pewno można spisać je na straty?

JP: „Rzeźnika z Nazaretu” od początku planowałem jako powieść, która ukaże się po „Czarnej śmierci”, bo przecież sięgnę w niej do zupełnie innej epoki, innego świata i bohaterów. Chciałbym, abyśmy mieli zamknięte czy przynajmniej solidnie domknięte wątki szesnastowieczne, zanim przeniesiemy się do antycznej Palestyny.

AT: Zwykle akcja cyklu inkwizytorskiego toczyła się w obrębie Świętego Cesarstwa i jego niedalekiego sąsiedztwa. Ruska trylogia pokazała, że masz szerszą wizję uniwersum, w którym Chrystus zszedł z krzyża. Myślałeś o tym, aby zwiedzić inny zakątek świata i pokazać, jak tam potoczyła się historia?

JP: Tak. Myślałem o przeniesieniu akcji do Królestwa Polskiego i sądzę, że w „Czarnej śmierci” znajdziemy się w nim przynajmniej na chwilę. Polska jest państwem niezależnym od Cesarstwa i nie uznaje władzy Inkwizytorium, a polska szlachta ma bardzo silną skłonność do natychmiastowego rozprawiania się z każdym, kogo uzna za zagrożenie swojej wolności. Tak więc na pewno dla mojego bohatera byłoby to ciekawe doświadczenie. A że w „Czarnej śmierci” Mordimer Madderdin będzie ściganym renegatem i wyrzutkiem, więc ucieczka poza granice Cesarstwa byłaby jak najbardziej logiczna. Chciałbym również napisać zbiór opowiadań „Mroczne wieki” o wczesnośredniowiecznej Brytanii, w której słabe Święte Officjum walczy z potężnymi Sabatami czarownic oraz sprzyjającymi im zastraszonymi lub przekupionymi feudałami. To byłaby prawdziwa dark fantasy. Opowieść o wojnach, intrygach, zdradach. Wyobraźmy sobie remake filmu Johna Boormana „Excalibur” realizowany przez Quentina Tarantino. Taki właśnie efekt chciałbym osiągnąć.

AT: Jesteś pisarzem, który po ukończeniu dzieła od razu rozpoczyna kolejny projekt czy raczej potrzebujesz chwili na zebranie myśli, nastrojenie się na następny utwór. Potrzebujesz relaksu, wytchnienia?

JP: W tej chwili przejście akurat było bardzo płynne, ale różnie z tym bywa. Generalnie mam świadomość tego, ile chciałbym jeszcze zrobić, napisać, opowiedzieć historii (nie tylko przecież ze świata inkwizytorów), a czas przecież płynie coraz szybciej. Ludzie nie żyją wiecznie…

AT: Ostatnio wieści o gamingowych adaptacjach nieco przycichły. Mam nadzieję, że to w związku z natłokiem prac, a nie rezygnacją z projektów. Rozwiejesz moje wątpliwości? Myślę nie tylko o cyfrowych grach, ale i tej planszowej.

JP: Z grami komputerowymi tak już jest, że czas powstawania dużego projektu rzadko trwa krócej niż trzy lata. Też ubolewam z tego powodu jako gracz, który pewne produkcje chciałby zobaczyć szybciej, no ale co zrobić. Nad „I, the Inquisitor” cały czas pracuje kilkadziesiąt osób, a w dwa tysiące dwudziestym pierwszym roku pojawi się wersja demo. Oczywiście wcześniej zobaczymy filmy reklamowe i trailery. I zaręczam, że będzie bardzo ciekawie, bo przygotuje je studio znane i cenione nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Co do gry planszowej to przyznam, że sam jestem zdziwiony, czemu jej jeszcze nie widzimy. Z tego, co słyszałem, była już niemal ukończona w zeszłym roku na wiosnę. Ale jak w przypadku gry komputerowej jestem na bieżąco ze szczegółami projektu, tak w przypadku gry planszowej wszystko dzieje się niezależnie ode mnie…

AT: W zeszłorocznym wywiadzie wspomniałeś mi, że w głowie masz fabuły na tom „Monstra i ludzie”. Udało się rozwinąć ten projekt?

JP: Niestety nie, bo opowieści o inkwizytorze pochłonęły cały mój czas. Zbiór, o którym mówisz, jest rozpisany na opowiadania, każde ma swój konspekt, ale niestety autor nie ma na razie czasu, żeby na tych fundamentach zbudować dom. Zobaczymy, kiedy stanie się to możliwe.

AT: A jak wygląda sytuacja z „Szubienicznikiem”?

JP: Dokładnie tak samo jak ze wszystkim, co nie jest „cyklem inkwizytorskim”. „Szubienicznik” pogrążony w letargu czeka, aż zostanie obudzony. Zapewniam jednak, że trzeci i ostatni tom serii na pewno powstanie, bo byłoby nieładnie wobec czytelników, którzy kupili dwa pierwsze tomy, gdybym nie dokończył historii podstarościego Jacka Zaremby, stolnika Hieronima Ligęzy oraz podsędka Gideona Rokickiego. W głowie mam ją ułożoną, może nie co do zdania, ale na pewno w zaawansowanym stopniu.

AT: Nie da się ukryć, że bezpardonowo wyrażasz swe opinie i poglądy na ważkie tematy społeczne. Nie boisz się, że osoby mogące czuć pewną urazę albo niezgadzające się z Tobą mogą odrzucić twoją prozę?

JP: Cóż, żyjemy w tak ogłupiałym świecie, że odrzucanie czy krytykowanie dzieła z tego powodu, iż komuś nie podobają się poglądy autora tegoż dzieła, zdarza się nagminnie. Nawet kiedy sam utwór jest całkowicie neutralny. Dotyczy to różnych twórców, począwszy od Joanne Rowling, a kończąc na waszym uniżonym słudze ;). Nie sądzę, żebym był szczególnie drapieżnym uczestnikiem dyskusji publicznej, porównując to z wieloma znanymi postaciami, ale oczywiście wiem, iż są osoby niemogące mi darować, że nie śpiewam posłusznie w chórze politycznej poprawności. Mam własne zdanie, a nie wytatuowane na mózgu gotowe slogany z „Gazety Wyborczej” czy TVN-u. A takiej niezależności myślenia wielu ludzi nie jest w stanie po prostu ani znieść, ani darować i budzi ona w nich bunt, manifestujący się następnie niechęcią i odrzuceniem. Jakoś trzeba z tym żyć…

Dyskusja