Ja, ocalona – fragment

Na dużym biurku jak zwykle panował nieskazitelny porządek.Wszystkie wieczne pióra ułożono w rządku jak od linijki. Dokumenty, posegregowane do odpowiednich teczek, stały w kolejności alfabetycznej na półce obok. Zielona podkładka pod myszkę leżała równolegle do brzegu biurka. A bezprzewodowa myszka komputerowa znajdowała się idealnie na jej środku. Na ekranie komputera wesoło migał wygaszacz ekranu z Angeliną Jolie. Uśmiechnięta aktorka zerkała z niego kokieteryjnie w stronę siedzącego przy biurku Szatana.

Zmęczony Lucyfer westchnął ciężko. Nawet jego platoniczna miłość nie potrafiła poprawić mu w tej chwili humoru. Czuł, jak powoli ogarnia go marazm. Ktoś – zgodnie z piekielną etykietą – zastukał sześć razy do drzwi gabinetu. Szatan oderwał wzrok od twarzy Angeliny. Nie miał ochoty się odzywać, ale dobrze wiedział, że stojący za drzwiami natręt nie pójdzie sobie. Będzie pukać tak długo, aż usłyszy odpowiedź, a jeśli się jej nie doczeka, to po prostu wejdzie do środka. Lucek pomyślał, że oprócz wielu zalet jego sekretarz ma niestety sporo wad. A chyba największą była nadopiekuńczość.

– Proszę – powiedział niechętnie Lucyfer.

Do środka zajrzał diabeł Belfegor. Miał zaniepokojoną minę. Zaglądał do gabinetu już szósty raz, odkąd rano jego szef z ponurą miną przyszedł do biura ze swoim pupilem. Za każdym razem Szatan zdawał się coraz bardziej przygaszony i zły. Nawet jego sięgające ramion blond loki zwieszały się jakoś smutno. (A na lokach Belfegor znał się świetnie, sam szczycił się imponującą grzywą, o którą pedantycznie dbał).

Z jego pracodawcą było coś nie tak.

– Przyniosłem eklerki! – oświadczył Belfegor przesadnie wesołym tonem. – Z podwójną ilością bitej śmietany! Ma pan ochotę?

Lucyfer przestał machinalnie głaskać po trójkątnym łebku małego smoka, który rozłożył się niczym kot na jego kolanach. Zwierzątko ziewnęło przeciągle i zeskoczyło na ziemię. Strzelało na boki rozbieganym wzrokiem. Cieniutki, niby-szczurzy ogon młócił wściekle powietrze. Z nozdrzy stworzenia wydostawała się smużka dymu, niechybny znak, że zaraz kichnie ogniem.

Belfegor machnął w panice nogą, kiedy smok doskoczył mu do kostek. Kwiecista spódniczka nad kolano, którą dzisiaj włożył, uniosła się tak wysoko, że prawie odsłoniła bieliznę, a polana obficie czekoladą wieża z eklerek niebezpiecznie przechyliła się na talerzu. Zdenerwowany i speszony modową wpadką diabeł od razu się spłonił.

– Lewuś, do nogi – warknął Lucyfer.

Smok parsknął niezadowolony, zostawił ciężko oddychającego Belfegora i schował się pod fotelem obrotowym swojego właściciela. Zestresowany sekretarz poprawił jedną ręką spódnicę i przestąpił próg gabinetu. Był idealnym, bardzo zdyscyplinowanym pracownikiem. Spełniał się w roli sekretarki, uwielbiał planować, katalogować i co najważniejsze, oznaczać wszystko kolorowymi karteczkami. Wielką satysfakcję sprawiało mu też doglądanie prywatnych spraw Szatana – pilnowanie organizacji jego balów, dbanie, by jadł o wyznaczonych porach, i wyganianie go do rezydencji na odpoczynek, gdy już dawno skończył się dzień pracy.

Belfegor nigdy się nie skarżył, od tysiącleci znosił cierpliwie wszystkie humory Szatana. Był mu wierny do grobowej deski. Jednak nawet jego cierpliwość miała swoje granice.

– Wnioskowałbym o pozostawianie Lewusia w rezydencji – powiedział. – W gabinecie jest wiele cennych dokumentów, antyków! Lewiatan może coś, oczywiście całkowicie niechcący,

zniszczyć.

Jak na zawołanie smok usiadł pod opartym o ścianę olbrzymim, zmurszałym zakrwawionym krzyżem, z którego wciąż sterczały gwoździe. Kichnął, a z jego pyska wzbił się płomyczek ognia, na szczęście nie czyniąc żadnych szkód.

Malutki smok tak naprawdę wcale nie był taki mały. Przybrał niewielkie rozmiary wskutek zaklęcia, które rzucił na niego właściciel. W rzeczywistości Lewiatan był olbrzymią bestią, której Szatan dosiadał w razie potrzeby. Ów straszliwy potwór dorównywał wtedy wielkością kilkupiętrowej kamienicy, a z jego gardła wydostawały się prawdziwe płomienie.

Belfegor podejrzewał, że jedna część ciała stwora nie ulega powiększeniu podczas powrotu do normalnych rozmiarów. Tą częścią był według niego mózg. Duży Lewiatan nadal zachowywał się jak rozszczekany ratlerek. Na szczęście Lucyfer umiał go poskromić. Tylko on był do tego zdolny.

– Daj eklerki – rozkazał Szatan, ostentacyjnie nie zwracając uwagi na komentarz odnośnie do swojego pupila.

Sekretarzowi Szatana, który wolał być nazywany sekretarką, drgnęła powieka. Przeżył w swojej wieczności już niejedno. Czasem nawet przecierał szlaki – był przecież pierwszym diabłem transwestytą. Nasłuchał się wiele na swój temat, często nie odnoszono się do niego z szacunkiem, więc usiłował wszystkim udowodnić, że jest profesjonalistą, którego nie sposób zranić. Teraz jednak to jemu się należała eklerka. A nawet sześć! Stawał na rzęsach (doklejanych z futra norki), by zadowolić Szatana, ten jednak z dnia na dzień robił się coraz bardziej nieznośny.

– Mam dosyć takiego traktowania! – wrzasnął histerycznie Belfegor. – Ciągle się tylko staram i staram. Mam dość uśmiechania się! Mam dość bycia miłym! Idę na kawę. Bo należy mi się przerwa. A jak wrócę, to Lewiatan ma stąd zniknąć.

Drzwi do gabinetu trzasnęły głucho. Lucyfer zamrugał kilka razy. Był kompletnie zaskoczony. Ostatni raz widział Belfegora w takim nastroju, kiedy ten złamał sobie obcas w nowych szpilkach podczas oficjalnej parady, a upadając, niechcący zadarł kieckę na głowę. Inne diabły naśmiewały się potem z niego przez kilka miesięcy.

– Zabrał eklerki – mruknął Lucyfer do Lewiatana.

Smok zaczął zawzięcie obwąchiwać dywan w pobliżu donicy, w której rosła nieduża jabłonka. Jabłuszka błyszczały zachęcająco w żółtym, przygaszonym świetle lamp.

– Zostaw! Jeszcze tego brakowało, żebyś zżarł choćby jedno – upomniał go Szatan i ze stęknięciem wstał z fotela. Zbyt długo siedział nieruchomo w jednej pozycji. Czuł, że podobnie jak jego podwładny także znalazł się na granicy rozstroju nerwowego. Już od wielu miesięcy dokuczała mu chandra, na którą zaczęły się nakładać objawy somatyczne. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek bolały go plecy albo głowa. A teraz notorycznie się na coś skarżył.

Odgonił smoka i zapatrzył się na jabłka rosnące na Drzewie Poznania Dobra i Zła. Z przyzwyczajenia zaczął przeliczać owoce, żeby sprawdzić, czy któregoś nie brakuje. Po raz kolejny westchnął. Niby wszystko w Piekle układało się tak jak powinno, nie było żadnych przykrych niespodzianek. Żaden diabeł nie usiłował nagle przejąć władzy, nikt też nie knuł za jego plecami. Nawet Beleth i Azazel jakoś tak podejrzanie przycichli, przez co nie było już okazji, żeby założyć zbroję i złapać za widły. Nigdy głośno by tego nie przyznał, ale dzięki kłopotom, które sprawiali razem z tą wyszczekaną śmiertelniczką Wiktorią, czuł zew przygody.

A teraz? Teraz się nudził. I męczył. A zmęczenie było nawet gorsze od nudy. Przez rutynę, w którą popadł, Lucyfer nie mógł pozbyć się wrażenia, że wieczność straciła sens. Codzienne wstawanie rano do pracy wyraźnie go męczyło. Miał już po dziurki w nosie papierkowej roboty. Poza tym od siedzenia przy biurku powoli robił mu się garb. Z roku na rok coraz więcej dusz trafiało do Niższej Arkadii. Piekielny Urząd był na granicy możliwości, jeśli chodzi o obsługę klientów. Diabłów przecież nie przybywało, bo i skąd? Same się nie rozmnażały, a Bóg nie przejawiał chęci do powiększania anielskich bądź diabelskich zastępów.

– A ludzi jak mrówków – burknął do siebie.

Coraz częściej zastanawiał się, czy nie powrócić do rekrutowania śmiertelniczek. Obecnie zatrudniał dwie diablice – Kleopatrę i Phylis. O ile ta pierwsza, pomimo koszmarnego charakteru, była mistrzynią w targach o dusze, o tyle druga miała kilka wpadek. Oprócz tego najzwyczajniej w świecie jej nie lubił, ale słowo się rzekło i podpisał z nią kontrakt na sześćdziesiąt sześć lat. Zostało jeszcze ich pięćdziesiąt sześć, podczas których będzie musiał znosić jej fochy. Chociaż – czy na pewno musiał? Ostatnimi czasy sporo rozmawiał z Kleopatrą. Dawna władczyni Egiptu kilkakrotnie go odwiedzała, przynosząc różne głupie podania, których nawet nie chciało mu się czytać. Od razu oddawał je Belfegorowi. Za to rozmawiał z nią o życiu i o nieżyciu. Zazdrościł jej, że jako śmiertelniczka tyle dokonała. Ale chyba jeszcze bardziej tego, że w pewnym momencie umarła. W chwale. Co prawda teraz istniała już tylko jako nieśmiertelna dusza, ale to był dla niej nowy początek.

Szatan doszedł powoli do wniosku, że też chętnie zacząłby wszystko od nowa. Poza tym…

Zerknął na ekran komputera, na którym ciągle wyświetlała się Angelina Jolie. Zdjęcie było kadrem z jednego z głośnych hollywoodzkich filmów, w których występowała razem z innym amerykańskim aktorem, Bradem Pittem. Lucek wyciął ze zdjęcia jego twarz, a potem dość nieudolnie zastąpił ją swoją, dzięki czemu z daleka wyglądało to, jakby tańczył z piękną aktorką. Z bliska niestety wyraźnie było widać, że głowa jest doklejona.

Podszedł do metalowego regału z kilkudziesięcioma szerokimi szufladami, zamykanymi na małe zamki. Podwinął dywan i spod ruchomej klepki wyjął pęk kluczy. Nigdy nie chciało

mu się ich pilnować, więc założył, że jeśli ktokolwiek by się tu włamał, to raczej nie zrywałby podłogi. Zresztą dokumenty w szafie i tak nie były specjalnie ważne. Zawarta w nich wiedza

była ogólnie dostępna.

Każda z szuflad miała w rogu wypisaną literę alfabetu. Wysunął tę z literą A. Przez dłuższą chwilę grzebał w równo ułożonych teczkach. Mamrotał pod nosem tytuły, które okrągłymi

literami wypisał na nich Belfegor.

– Apokryfy… Apostazja… Apostołowie… Gdzie się to podziało? O, jest! Wpadło na sam koniec.

Zadowolony wyciągnął teczkę. Była cieniutka.

– Wiesz, Lewuś, rozmawiam ostatnio często z Kleopatrą. To chyba jedyna osoba w Piekle, która rozumie, jakim wysiłkiem jest panowanie nad tym wszystkim. Mówi mi, że powinienem zrobić sobie urlop. Może wyjechać na wakacje. Wydaje mi się, że to słuszna rada. Nadszedł czas, żebym odpoczął.

Zdmuchnął z teczki kurz i przeczytał zadowolony:

– Apokalipsa.

Dyskusja