Jesteśmy tylko pchełkami – recenzja gry „Palec Boży”

Co by było, gdyby bogowie różnych mitologii współistnieli gdzieś tam, ponad ludzkim światem? Na przykład według Gaimana* kwestią kluczową jest wiara. To wyznawcy niejako zasilają swoje bóstwo, oczywiście w zamian mogą liczyć na łaski, ale jednak to oni są tu najważniejszym elementem.

Bez kultu, nadistota staje się czymś w rodzaju magika na urodzinach. Fajnie jak jest, ale damy sobie radę bez niego. Dlatego bóstwa musiały użyć trików. Świątynie, miejsca kultu, misjonarze wyruszający w odległe krainy, krzewić jedyną słuszną wiarę – to były sposoby na wzmocnienie ich mocy. A co by było, gdybyśmy to MY stali się bogami?

Nie kości, nie szachy

Palec Boży, jak przystało na grę o boskiej tematyce, przede wszystkim imponuje rozmiarem. Pudełko jest podłużne i sporo waży, sugerując niezwykłą zawartość. Grafika przyciąga wzrok – kolorem, treścią, dynamiką. Tutaj wszystko jest przemyślane i na miejscu.

Jeśli chodzi o zawartość, naprawdę jest o czym mówić. Zestaw składa się z: kart postaci, kart praw, drewnianych dysków (proroków, templariuszy i świątyń), do których dołączono naklejki do „samodzielnego montażu”, kartonowych znaczników i punktów, oraz mapy.

Naszą planszę stanowi zrolowana mata, w dotyku i użytkowaniu przypomina antypoślizgową podkładkę pod mysz i to jest absolutny strzał w dziesiątkę. Przechowanie tak dużego komponentu nie stanowi problemu, bo możemy ją po prostu zwinąć. Dzięki gumowanemu spodowi nie przesuwa się ona podczas rozgrywki, a ze względu na specyfikę gry pominięcie takiego detalu wołałoby o pomstę do nieba, bowiem plansza odjeżdżałaby nam podczas wymierzania trajektorii lotu wyznawcy, albo przy mocniejszym pstryknięciu. Kolory maty są soczyste, a ilustracje – szczegółowe, zatem nie ma mowy, aby nadruk na tkaninie w jakiś sposób ucierpiał na jakości.

Dalej mamy żetony, czy też nasze pchełki. W zależności od przeznaczenia (czy będziemy je pstrykać czy nie), mają one różne grubości. Świątynie są naprawdę solidne i szczerze przeraziłam się, że palce mogą bardzo na tym ucierpieć, na szczęście nie do tego one służą. Mniejsze pionki łatwo się uderza i bez problemu prześlizgują się po materiale (tutaj też należy dodać, że wybór materiału, zamiast lakierowanego kartonu, to strzał w dziesiątkę. Na tym drugim dyski mogłyby się nigdy nie zatrzymać). Miałam drobne wątpliwości co do naklejek, które trzeba sobie samemu przykleić – czy to jest najtrwalsze z rozwiązań? Póki co, po kilku(nastu) intensywnych rozgrywkach nie widzę uszczerbku na nalepkach.

Pchełki są bardzo solidne, wręcz nie do zdarcia. Kartonowe znaczniki to raczej klasyka z tych, które musimy wypchnąć sobie z arkusza. Nie wyginają się, nie kruszą. Na szczególną uwagę zasługują monety, które przywodzą na myśl antyczne znaleziska. Karty postaci są bardzo przejrzyste, zawierają wskazówki, które komponenty należą do nas i jakie dodatkowe sztuczki możemy stosować.

Jeśli chodzi o prawa, to jest to najliczniejsza talia. Oprawa graficzna tych blankietów stylizowana jest na papirusy czy może pergaminy – już zbrązowiałe i postrzępione, ze szkicami i zapiskami. Tak naprawdę wszystkie ilustracje występujące w grze to estetyczny cukiereczek.

Bogowie, w zależności od pochodzenia, mają nie tylko swoje stroje, atrybuty czy cechy etniczne (chociaż na rogaty hełm niektórzy potomkowie wikingów zmarszczyliby się z niesmakiem), ale i tła oraz symbole, a ich świątynie są zróżnicowane, kapłani również. Instrukcję również ozdobiono symbolami. A skoro już o instrukcji mowa…

Uświadom to sobie

Palec Boży to pstrykanka. Gra oparta na nostalgicznym wspomnieniu przedszkolnych gier, takich jak pchełki, albo kapsle… tylko, że w wersji „jestem tobą, ale lepszym”. Tu mamy pokręcone zasady, dodatkowy element rywalizacji, a zamiast kółka na piasku – Pępek Świata.

W Palec Boży zagra od dwóch do czterech osób, w wieku powyżej ośmiu lat i zajmie to im około czterdziestu minut. Co z zasadami? Nie są skomplikowane, ale w ferworze walki o wpływy można o nich zapomnieć. Po kilku rundach, zamiennie – z prawami i bez, w końcu udało nam się opanować rytm.

Jak to działa? Najpierw wybieramy nasze boskie wcielenie, gdzie każde ma jakieś wyjątkowe moce. Naszym celem jest osiągnięcie jak największych wpływów w obszarze świata, posyłając proroków na wyspy i budując świątynie. Swoich ludzi wysyłamy w świat, pstrykając ich ze swojej chmurki i mamy nadzieję, że trafią raczej na ląd, a nie utopią się w morzu, albo spadną z krańca świata. Budowanie świątyń jest wyjątkowo trudne, bo musimy trafić dyskiem w miasto – kółeczko na wyspie, ale jest to obiekt na lata i zostaje z nami do końca gry.

Rozgrywamy cztery rundy. Podczas każdej z nich powinniśmy dobrać nowe prawa z talii, biorąc dwie losowe karty i głosując, która z nich wejdzie w życie. Jeśli nie możemy się zgodzić – losujemy. Prawa to dodatkowe zasady działające przez jedną lub wiele tur.

Kiedy już wejdziemy w rytm, kiedy już uda nam się określić, jaką moc pstryku należy przyłożyć, aby wyznawca wylądował tam, gdzie chcemy, kiedy w końcu zauważymy, że odpowiednio posyłając proroka możemy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – zepchnąć innowierców z krawędzi świata i osadzić swoich ludzi na wyspie… Wtedy. Wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa. A jest ona naprawdę niesamowita.

Jest bosko!

Rozgrywka wciąga. Cztery tury to jest za mało, żeby nasycić się wszystkimi możliwościami pstrykanki. Zaraz po grze pilotażowej zdecydowaliśmy się na następną i to nie z przymusu. Po rozgrywce próbnej była następna, bo nie wypróbowaliśmy wszystkich bogów. Potem kolejna, swoimi ulubionymi postaciami. I następna, bez zmiany.

Z każdą kolejną grą rodzą się nowe strategie. We własnych palcach odkrywa się moce, których przecież tam nie było, no bo jak często używa się tego pstrykającego mięśnia w ciągu tygodnia? A jednak okazuje się, że trzeba poważnej strategii, by określić, gdzie poleci nasz kapłan. Na początku lądował głównie w morzu, ale pod koniec gry potrafiłam umieścić każdy z dysków na czterech różnych wyspach.

Jest tu element planowania – jak najlepiej użyć obowiązujących praw, jak zaszkodzić przeciwnikom, zyskując dla siebie jak najwięcej? Jak zdobyć maksymalną liczbę punktów, przy minimalnym wysiłku? Jeśli mamy dobrą wyobraźnię przestrzenną, można dokonać prawdziwych cudów, odbijając swój żeton od istniejących obiektów. Moce bogów pomagają i szkodzą. W efekcie plansza przypomina kipiący kocioł, a gracze w nim mieszają, jest na pewno sporo emocji.

Palec Boży ma ogromny potencjał regrywalny, a przy okazji – uzależniający. Jako ostatni smaczek dodam, że gra w procesie powstawania miała wiele wzlotów, ale jeszcze więcej upadków gdzieś w odmęty szuflady i o mały włos nie trafiłaby do ogólnej dystrybucji (odsyłam do wywiadu z autorem). A byłby to prawdziwy pstryczek w nos dla rzeszy graczy pozbawionych szansy rozkrzewienia jedynej słusznej religii bez… To znaczy właśnie palcem kiwając!

Ocena: 10/10
Za grę dziękujemy wydawnictwu FoxGames.

*Mowa o powieści Neila Gaimana „Amerykańscy Bogowie”

Dyskusja