Pojedynek na burrito – recenzja gry „Latające Burrito”

Chcieliście za dzieciaka urządzić bitwę na jedzenie, a mama wam nie pozwalała? Albo mieliście okazję już rzucać się ziemniaczanym puree i z łezką w oku wspominacie te czasy? Ale przyszła dorosłość, obowiązki, trzeba być poważnym i rozliczać PITy. Gdzie się podziały beztroskie czasy dziwnych zabaw? Właśnie wróciły – za sprawą typów od gry Eksplodujące kotki i wydawnictwa Rebel.
Yum, yum, yum

Latające Burrito to, jak głosi napis na pudełku, karciana gra w zbijaka, przeznaczona dla od dwóch do sześciu graczy. W jej skład wchodzi sto dwadzieścia kart, dwa burrito, sześć znaczników obrażeń, znacznik najlepszego gracza i instrukcja.

Karty należą, niestety, do tych cieńszych i będą podatne na zniszczenia, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że w czasie gry są cały czas w użyciu i zmieniają właścicieli w ekspresowym tempie. Fakt ten jednak nieco wynagradzają zamieszczone na nich ilustracje oraz ich nazwy. Rekinopies, Moka kroza, Rozlizany pisklak – to tylko niektóre z nich. Znaczniki obrażeń, przedstawiające martwe burrito (takie, wiecie, z krzyżykami zamiast oczu) oraz znacznik pierwszego gracza z prężącym muskuły i szałem w oczach daniem wykonano natomiast ze standardowej grubości kartonu. Największą jednak atrakcją gry są dwa piankowe burrito – urocze, z błyszczącymi ślepiami i uśmieszkami, niczym wyjęte prosto z anime, w dodatku tak miłe w dotyku, że można się do nich tulić. Ale niech was nie zwiedzie ich pozorna niewinność…

El burrito

Celem gry jest zdobycie jak największej liczby punktów. Najpierw należy potasować karty i rozdać je uczestnikom, którzy następnie tworzą z nich zakryte stosy. Na środku stołu lądują pozostałe oraz znaczniki obrażeń i burrito. Wszyscy biorą na rękę pięć blankietów ze swoich „kupek” i zaczyna się zabawa.

Należy jak najszybciej zebrać trzy takie same karty, odrzucając i dobierając po jednej z należącego do nas stosu. Co ciekawe, w Latającym Burrito nie ma tur – gramy równocześnie – a wyrzucane przez nas blankiety lądują u przeciwnika – krążą one zatem wokół całego stołu. Nie ma tu miejsca na układanie komponentów od linijki i dokładne liczenie, będzie chaos, karty wszędzie i ciągła presja.

W każdym razie, gdy uda nam się zebrać trzy identyczne blankiety, otrzymujemy punkt. Ale to nie wszystko! Bo są karty zwykłe i niezwykłe. Te drugie to karty wywołujące bitwy, których zestaw punktuje za dwa. W momencie posiadania trzech, rzucamy je odkryte na stół i wykrzykujemy ich nazwę – „Burrda”, „Wojna na burrito” bądź „Pojedynek na burrito”. Każda z nich powoduje rozpoczęcie innej bitwy.

I tak, w pierwszym przypadku skłócamy ze sobą współgracza po naszej lewicy z tym po prawicy. Muszą oni wówczas jak najszybciej chwycić za leżące na środku piankowe burrito i rzucić w siebie – kto dostanie, przegrywa i otrzymuje znacznik obrażenia (odejmujący punkt). W przypadku wojny jest już gorzej, bo wywołujemy walkę między wszystkimi prócz nas. Zasada natomiast jest ta sama – złapać piankę i rzucić. Kto oberwie pierwszy – przegrywa. „Pojedynek na burrito” z kolei pozwala nam wybrać dwie osoby, również siebie, które stoczą pojedynek niczym kowboje na Dzikim Zachodzie – to znaczy staną do siebie plecami, odliczając do trzech i jednocześnie robiąc po jednym kroku do przodu na wypowiedzianą przez siebie cyfrę. Następnie krzyczą „BURRITO!”, odwracają się i ciskają piankami.

Gra składa się z dwóch rund, trwających tak długo, aż skończą się znaczniki obrażeń. Osoba z największą liczbą punktów po pierwszej wygrywa i otrzymuje znacznik najlepszego gracza. Jeżeli uda jej się uzbierać najwięcej oczek także w kolejnej rundzie – zostaje zwycięzcą całej gry.

Dozwolone jest robienie uników, robienie tarcz z przedmiotów pod ręką, a nawet łapanie burrito przeciwnika – wtedy oponent automatycznie przegrywa. Szczegółowe zasady, jak i wariant dwuosobowy zostały opisane w instrukcji.

Burritonator 3000

Latające Burrito to pozycja, której wszyscy potrzebujemy. Niewymagająca, nieskomplikowana, a przynosząca tyle, miejscami wręcz dziecięcej, radości, że nie chce przestać się w nią grać. Zarówno cała otoczka wizualna, jak i motyw, jakim kierowali się twórcy przy tworzeniu tego tytułu, budzą uśmiechy wszystkich zgromadzonych, ale i niepochamowaną chęć rywalizacji i rzucenia komuś burrito prosto w twarz. Nie ma się też co obawiać o jakieś obrażenia, bowiem pianki są tak miękkie, że nie są w stanie zrobić nam krzywdy.

Gra skaluje się dość dobrze, głównie za sprawą tego, że dwie na trzy wojny angażują tylko dwoje uczestników, więc niezależnie od liczby graczy – pozostaje to niezmienne. Ale jednak chciałoby się, żeby tych burrito było więcej, by inicjować wielką walkę na pięć czy sześć osób. Z drugiej strony, ograniczenie liczby pianek mogło być celowe, uwzględniające fakt, że większość z nas będzie w Latające Burrito grała w domu, gdzie miejsce jest dość ograniczone. Dlatego też nie uważam tego za wadę, a raczej moje marzenie, majaczące gdzieś w oddali, żeby bawić się chaotycznie, każdy na każdego, zupełnie jak za dzieciaka.

A skoro jesteśmy już przy miejscu rozgrywki – najważniejsze przy zaopatrywaniu się w Latające Burrito jest wzięcie pod uwagę tego, gdzie będziemy się atakować jedzeniem. Gra nie sprawdzi się w małych pomieszczeniach, a i w dużych, ale zagraconych – może stanowić problem. Warto także pamiętać, żeby pochować wszystkie łatwo tłukące się przedmioty oraz te cenne. Wierzcie mi na słowo – możecie zarzekać się, że będziecie uważać, ustalać zasady, gdzie można, a gdzie nie rzucać, ale w ferworze walki, emocji, adrenaliny lub nagłego odwrócenia się przy kowbojskim pojedynku zawsze, naprawdę zawsze, burrito poleci przynajmniej raz w nie tę stronę, w którą powinno.

I tak naprawdę to właśnie miejsce jest jedyną przeszkodą na drodze do bicia ludzi uroczymi burritkami, które tylko wyglądają na niewinne. Poza tym gra sprawdza się świetnie, ma niski próg wejścia, bardzo wysoką regrywalność i całkiem dobrze się skaluje, a dodatkowo bawi tak bardzo, że z graczy raz jeszcze wychodzą te pochowane, przytłoczone liczbą podatków i dorosłych obowiązków, dzieci.

Jest coś oczyszczającego w tym, że przy Latającym Burrito możemy się oderwać od wszystkiego, co złe, rozładować towarzyszące nam napięcie i zmienić je w pozytywne emocje, ciskając burrito, próbując zebrać karty w chaosie znajdującym się na stole, pośród niepoukładanych i wszędzie walających się blankietów i testując swój refleks. Ten bowiem bardzo się przydaje, a właśnie dzięki oparciu mechaniki omawianego tytułu o tę umiejętność, pozycja zyskuje niebywałą dynamikę.

Następnym razem, jak mama wam powie, „Nie, córko, jesteś trzydziestoletnią mężatką, nie możesz rzucać się jedzeniem”, wyciągnijcie Latające Burrito i powiedzcie – „NIE BĘDZIESZ MI MÓWIĆ, JAK MAM ŻYĆ!”, a następnie rozpocznijcie walkę na… burrito i burrito.

Za grę dziękujemy wydawnictwu Rebel.
Dyskusja