Wybuchające cycki, bombowe pośladki – recenzja gry „Eksplodujące kotki: Edycja tylko dla dorosłych”

Każda kocia mama ma kilka niezwykle ważnych zadań w życiu. Wykarmienie swojego kociego władcy, zapewnienie mu rozrywek na najwyższym poziomie – myszki wypchane kocimiętką, zdalnie sterowane piłki… Kocia mama robi za drapak, kiedy jej poganiacz sobie tego życzy, musi też zapewnić bezpieczny byt. No i najważniejsze: dopilnować, aby kotek nie eksplodował! …Zaraz… Co?

Twardziele nie patrzą na eksplozje

Wersja 18+ to ekstremalna odsłona kickstarterowego hitu z 2015 roku. Wtedy to właśnie za sprawą wsparcia finansowego ponad 219 tysięcy ludzi oraz umysłów współpracujących między innymi z Xboxem czy Marvelem, otrzymaliśmy wybuchową podstawkę. Została ona całkiem ciepło przyjęta przez graczy, na tyle ciepło, że mroczne materie, które nie nadawały się do gry familijnej powróciły, by upomnieć się o swoje. I tak oto powstała edycja dla dorosłych.

Co my tu mamy? Kompaktowe pudełko, typowe dla karcianek tego formatu, jest jednocześnie oszczędne graficznie, a z drugiej strony mówi nam wszystko, co chcemy wiedzieć. Znajduje się tam ocenzurowany kotek i sporo informacji, zakrawających o słowotok, co jednak pokrywa się z narracją gry. Kolorystyka czarno-biało-czerwona, żeby od razu było wiadomo, że mamy tu do czynienia ze złodupcem. No i dla dorosłych, nie żadne tam kwiatki.

W środku znajdziemy instrukcję w stylu broszurowym i talię. Rewers już znamy z poprzedniej edycji, zresztą jest to jedyny słuszny (a przynajmniej z estetycznego punktu widzenia) wybór, bo talie możemy połączyć rozszerzając możliwości gry z limitu 2-5 graczy do aż dziewięciu osób rozbrajających kociaki. Kotkowa ruletka powinna zająć nam około 15 minut.

Schrodinger kota

Zasady Kotków są proste jak budowa cepa i nie wymagają ani wielu analiz ani tęsknych powrotów, zresztą nawet sama instrukcja w pewnym momencie sugeruje nam, żeby zamiast marnować na nią czas, po prostu wziąć się za grę (jest też link do filmiku instruktażowego, fajna sprawa). Naszym celem jest nie wybuchnąć… Trochę jak w życiu.

W zależności od liczby graczy, startujemy z pewną liczbą kart na ręku, ale nie ma górnego, ani dolnego limitu, ile ich powinniśmy mieć w trakcie rozgrywki. Nasza tura również zawsze wygląda tak samo – możemy spasować, albo zagrać kartę, według jej efektu. Po zakończonej kolejce dobieramy z talii, chyba że właśnie udało nam się od tego wykręcić. Oczywiście nasi przeciwnicy mogą nam przeszkadzać, dokręcać śrubkę, dorzucać do pieca, zmuszać do trudnych wyborów. Nie chcemy być tymi, którzy trafią na wybuchowego kotka, bo trudno się wyrwać z jego morderczych łapek. A im dalej w talii się on znajduje, tym ciężej. I to tyle o rozgrywce w teorii. Co z praktyką?

Względem podstawki niewiele się tutaj zmieniło. Zasady są, oczywiście, te same. To, co się różni, to oprawa graficzna i opisy kart, co się samo przez się rozumie. Obrazki są… Wyjątkowe. Skojrzyły mi się z Cards Against Humanity. Trochę dziwaczne, trochę obrzydliwe, niektóre ironiczne, połączenie specyficznego humoru, dobrze znanego chociażby czytelnikom Cyanide & Happiness, z czymś swojskim, przypominającym naprawdę stare memy (może tylko od strony graficznej?).

Niektóre karty to prawdziwe złoto, jak „Schrodinger kota”, inne trafiają zbyt blisko do celu (jest taka karta o zakochanej parze. Porozumiewawcze spojrzenia są nieuniknione), jeszcze inne są trochę przekombinowane, ale generalnie nadal są to kotki.

Gdzie poszedł kotek po wybuchu?…

Sama rozgrywka jest szybka, dynamiczna i trzymająca w napięciu, bo chociaż dzięki efektom możemy podejrzeć, co nas czeka w najbliższej przyszłości, to jednak zwykle opieramy się na domysłach, jeśli chodzi o położenie naszej nemesis. Przy okazji, otaczają nas przeciwnicy. Nie żadni tam współgracze, to jest wojna, ktoś przeżyje, ktoś zginie! Musimy planować, musimy knuć, musimy przetrwać! I to wszystko w ciągu kwadransa. Nie jest to z pewnością nudna rzecz.

Czy chce się do niej wracać? Tak. Wrzuciłabym ją do worka „w coś bym zagrała, ale żeby nie było za trudne, ani za długie”. Taka lekka karcianka na rozruszanie znajomych. Ponadto humorystyczne elementy, te właśnie dziwaczne dodatki, trafią do serc dorosłych graczy, fanów humoru z gatunku bizzare.

Jednak są też minusy. Wydaje mi się, że brak tu jakiegoś twistu. Takiego… No cóż, wybuchu. Jak już mamy podstawkę Kotków, to jedyną zachętą, aby sięgnąć po 18+ ze strony technicznej jest tylko możliwość rozszerzenia liczby graczy. I nie chodzi tu o to, że pierwsza wersja nie była świetna. Tylko raczej o to, żeby robiła jakieś rzeczy? Z drugiej strony opis zawiera swego rodzaju ostrzeżenie, że praktycznie jest to, zawierająca dodatkowe treści, ta sama gra, więc może nie ma się czemu dziwić.

Jeśli lubicie rosyjską ruletkę (ale trochę się cykacie), koty i żarty o wymiotach, to jest to zdecydowanie gra dla Was!

 

PS Żaden kotek nie ucierpiał podczas recenzowania gry.

 

Za grę dziękujemy wydawnictwu Rebel.
Dyskusja