(Kontr)Konkwista – recenzja książki „Cywilizacje”

Gdyby Laurent Binet miał w sobie konsekwencję literacką i zdecydował się, czy chce stworzyć rozprawę filozoficzną, czy jednak powieść, to „Cywilizacje” mogłyby się okazać wielkim dziełem. Szkoda, że w tym wszystkim zabrakło odpowiedniej struktury, porządku i… argumentów.

Binet zapragnął raz na zawsze rozprawić się z początkiem nowożytnego kolonializmu, opracować tekst, a właściwie krytykę europejskiej hegemonii rozpoczętej umownie dotarciem Krzysztofa Kolumba do brzegu San Salvadoru, którego konsekwencją była późniejsza gorączka odkrywcza i konkwista. Książka to swego rodzaju antykolonistyczny manifest – niezbyt udany w wykonaniu, choć intrygujący w koncepcji i niektórych próbach narracyjnych. Szczególnie, że tak właściwie manifest stał się literackim portretem mechanizmów kolonizatorskich w alternatywnych barwach. Wbrew wielu krążącym opiniom to nie „zemsta za hiszpański (a ostatecznie europejski) kolonializm”, ale kontrfaktyczna ilustracja tego, jak mógłby wyglądać podbój Europy przez Inków, gdyby posiadali do tego sposobność.

Wszystko rozpoczyna się od tego, że Europejczycy (Skandynawowie) przywożą rdzennym Amerykanom narzędzia, które umożliwiają im rozwinięcie technologii – w tym obróbkę metali, zaawansowany transport, militaria. Taki zabieg, stanowiący przyczynę późniejszego alternatywnego rozwoju kluczowych wypadków, to niestety uznanie „niższości”, „niemożności” społeczności prekolumbijskich względem „świata postępu” (Europy). W tym przypadku można zastanowić się nad dwoma czynnikami – albo autor rzeczywiście sądzi, że owe ludy nie posiadały kompetencji do obróbki metali (o czym świadczą choćby kunsztowne wyroby jubilerskie…) czy dynamicznego transportu (legioniści bez koni nie przemieszczaliby się tak prędko…), co przyczyniło się do „opóźnionego rozwoju” tychże cywilizacji. Albo po prostu nie miał sensownego pomysłu, aby uwiarygodnić późniejszy podbój Europy przez Inków. Z tym, że taka forma obaliła nieco to, co starał się utworem przekazać.

Jednak opowieść nabiera rozpędu, gdy to „odkrywcy Nowego Świata” docierają do rozległych lądów Ameryki – zostają wyparci, a ich okręty przejęte. Po raz kolejny więc to technologie europejskie wspomagają progres Inków. Za pomocą statków dokonuje się kontra – Indianie ruszą na wschód, do Ziem Wschodzącego Słońca. Atahualpa na czele stosunkowo niewielkich oddziałów stopniowo zdobywa kolejne skrawki Europy niczym Pizzaro Peru. Mrugnięcie okiem dla zainteresowanych tematem to miły gest i całkiem udana zabawa krzywym zwierciadłem. Chociaż miała to być „zemsta na historii”, stała się ostatecznie nieudaną próbą krytyki kolonializmu. Autor starał się ukazywać zastałe przez Inków praktyki jako nie zawsze godne pochwały, pełne okrucieństwa incydenty, humanistyczne zacofanie – w oczach najeźdźców cywilizacja, którą zastają na miejscu jawi się negatywnie, co przekłada się na ogromne reformacje, wykorzenianie zwyczajów i pisanie historii na nowo. (Alternatywny) Kolonializm.

Opowieść nie tylko w tych fragmentach może budzić zastrzeżenia i wątpliwości – w prawie każdym segmencie wydarzeń czytelnik mierzy się z mało przekonującymi przyczynami zdarzeń, dysonansem i brakiem konsekwencji w postawach (bohaterów utworu) oraz pretensjonalnymi fundamentami, na których autor wznosi imponujące organizmy. Binet popełnia błąd za błędem, starając się zawszeć jak najwięcej wizji, mających poprzeć jego tezę. Brakuje w tym prawdziwego rozmachu, odpowiedniego budowania opowieści, retoryki i wyważenia. Zmasowany atak poszatkowanej treści albo zaczyna przytłaczać, albo nużyć, a gdzieś po drodze zatraca się sens i istotne staje się tylko przekonanie, że „europejski kolonializm był zły, tak samo jak europejskie narzucanie swych wartości, praw, praktyk etc.”. Ani to odkrywcze, ani dobrze wykonane – lecz sama koncepcja jak najbardziej zasługuje na uznanie. Oby w przyszłości wziął się za to autor doświadczony i z talentem, albo sam Binet – z większym bagażem wiedzy i doświadczeń, a także wyrobionym warsztatem, bowiem i to mocno szwankuje.

W pewnym momencie czytelnik dostrzega, że żonglerka stylizacyjna i różne formy ekspresji to nie artystyczna próba stworzenia wielowymiarowych eksperiencji, wielopoziomowej uczty dla odbiorcy, tylko popis artyzmu i prześciganie samego siebie w coraz to nowych konceptach narracyjnych, wprowadzających summa summarum zbyteczne poplątanie i niedosyt. Rzucanie kilku stronic ważnych, przełomowych (i to także kontrfaktycznie) wydarzeń, a potem bezrefleksyjne rzucenie się w inne, odleglejsze to kryzys pomysłu bądź kolejna (nieudana) demonstracja talentu i erudycji. Podważana choćby tym, że „historia Europy po podboju Inków potoczyła się inaczej”, ale jednak niektóre zdarzenia tak jak znamy je z kart podręczników, mimo że ich przyczyny zostały przez wspomniany najazd wymazane albo się w ogóle nie odbyły.

„Cywilizacje” to naprawdę ciekawe zjawisko literackie, które w rękach umiejętnego pisarza stałoby się monumentalnym dziełem (może kilkutomowym), sprawnie napisanym, pełnym wartościowych refleksji na temat kolonializmu, a nie mizerna antykolonistyczna krytyka, w opozycji wobec europejskiego kolonializmu epoki konkwistadorów (i pokłosia tych zdarzeń) stawia alternatywny kolonializm w wykonaniu Inków… Łukasz Orbitowski swego czasu na łamach „Nowej Fantastyki” wspomniał o wrzuconym do szafy pomyśle o podboju Starego Kontynentu przez Azteków – może on pokaże francuskiemu laureatowi nagród literackich jak powinna wyglądać taka literatura, ponieważ to, co stworzył Binet to brak zrozumienia historii alternatywnych, kolonializmu (i antykolonializmu), a często i prozy w ogóle.

 

Dyskusja