Splot niefortunnych wydarzeń – recenzja książki „Warkoczyk”

Justyna Wydra – dotychczas znana z obyczajowych, historycznych powieści z nutą romansu – wkracza do fantasy i to nielukrowanego, tylko pełnego brutalności, niesprawiedliwości i sprzecznych interesów. Wielka konkurencja czeka ją na tym poletku, uzdolnionych i uznanych, a mimo to autorka podejmuje w „Warkoczyku” odważne decyzje i potrafi stworzyć w bogatym gatunku coś wyrazistego.

Tesa Owczarka wiedzie w miarę spokojne, dostatnie życie. Otoczona bliskimi nie zdaje sobie sprawy z tego, na czym właściwie świat stoi. Do czasu. Pewnego razu wyrusza do przeznaczonego jej męża, dziedzica rządcy nadmorskiego miasta. Wizja przyszłości roztacza się przed nią iście majętna i urokliwa. Z tym, że na jej drodze pojawia się Art Feseresan ze zgrają górskich zbiórów – w ten oto sposób Tesa traci posag, godność i nadzieję.

Na tym nie bazuje co prawda cała fabuła – to ledwie wprowadzenie, w którym czytelników czeka wiele metamorfoz i zwrotów akcji, a także spodziewany romans podlany sosem syndromu sztokholmskiego. W strukturze nie widać znamion innowacji, tego typu powieści mogliście czytać od groma – bohater(ka) doświadcza życiowego kryzysu, jest bliski/a upadku i wreszcie, nie mając już nic, będąc modelowym „zerem”, idzie zmienić swój los i/albo (jak w tym przypadku) dokonać zemsty. Wzorowo zrealizowana ścieżka bohatera w wariancie często spotykanym w przygodowej fantasy – dla narratologa nie byłoby tu przesadnie wiele miejsc odkrywczych.

Wydra nie proponuje jednak rewolucji na płaszczyźnie narracji i fabuły, penetruje znane schematy realizując je na modłę zdrowego feministycznego podejścia – daje bohaterce głos, ale sprawia w dodatku, że jest ona aktywnym, samostanowiącym bytem literackim. Bohaterka sprawnie identyfikuje przyczynę zmian swego dotychczasowego statusu quo i nie motywuje wszystkich swych porażek oraz klęsk tym, że jest kobietą w świecie męskich blokad – owszem, zdaje sobie sprawę, że w świecie, do którego zmierza dominuje raczej patriarchalny porządek, ale to wyłącznie pozytywnie wpływa na jej determinację i siłę, którymi po pewnych próbach zaczyna epatować.

Feministyczne oblicze książki to niejedyna rzecz, która zasługuje na pochwałę. Autorka sprawnie radzi sobie z rozwojem postaci, szczególnie przemianami, przez które przechodzi protagonistka. Każda zmiana charakteru, postawy, opinii to wynik sensownego, dobrze umotywowanego zbiegu okoliczności, wydarzeń i informacji. Tesa nie jest kapryśna, lecz wyraźnie inteligentna i nawet silnie zakorzenione w umyśle poglądy czy uprzedzenia potrafi z czasem zweryfikować, dzięki analizie obrazu zastanego i doświadczeń. W tym wszystkim trochę wadzi swego rodzaju syndrom sztokholmski, ale cóż… Zakładam, że zostanie to rozwinięte w kolejnych tomach. Być może całkiem prostym zabiegiem? W Tesie zawsze gdzieś w głębi kryło się pragnienie dzikości, zewu przygody, a aprobata i ekspresywne szczęście było zwykłą maską, która przywarła doń w związku z długoletnią enkulturacją.

Zresztą malownicze pejzaże kulturowe to także atrakcja „Warkoczyka”. Różnorodne obyczaje opisanych społeczeństw tworzą wrażenie żyjącego, dopracowanego świata, pełniącego rolę nie tylko pustego tła. Wkroczenie bohaterki do obcego, odmiennego od tego, co znała z rodzinnych stron miejsca stanowi ponadto motor napędowy niektórych wątków. A jednym, co może od czasu do czasu drażnić czytelnika to dynamizm, zapychany przez kwieciste, rozbudowane opisy, przez które te bardziej przygodowe fragmenty cierpią, ponieważ akcja jest za mało zwarta.

„Warkoczyk” wbrew początkowym obawom okazał się lekturą pełną pozytywnych zaskoczeń, przyjemną i lekką. Fabularnie to danie dobrze znane, choć inaczej zrobione i doprawione, dzięki czemu smak nie należy do tych z rodzaju odgrzanego kotleta. Czuć, że to dopiero początek większej przygody, która na razie dała czytelnikom spróbować tego świata i bohaterów, a pozostawiona na końcu zapowiedź dużego konfliktu pozwala przypuszczać, że po jego ukazaniu szybko trafi w ręce tych, których urzekła ta książka. Oby tylko nie były to oczekiwania jak na „Wichry zimy” George’a R.R. Martina.

 

Dyskusja