Szept – fragment

– Dzisiaj spróbujemy czegoś innego, Sześć-Osiem-Cztery – oznajmia, gdy już kończy podłączać mnie do różnych aparatów rozstawionych wokoło w pokoju.

Niegdyś bałam się tych urządzeń, gdyż nie znałam ich przeznaczenia. Już dawno zdałam sobie sprawę, że moje lęki były uzasadnione.

– Poinformowano mnie, że być może nie zabawisz u nas już zbyt długo, więc postanowiłem przejść od razu do bardziej zaawansowanych punktów harmonogramu – mówi Vanik. Nie wydaje się zachwycony tą zmianą ramy czasowej. – W trakcie naszych kilku ostatnich sesji przesuwałem granice tego, co uważam za dopuszczalne ryzyko, ale dzisiaj posuniemy się jeszcze dalej. Musisz siedzieć możliwie jak najbardziej nieruchomo. Nie chcemy spowodować żadnego… nieodwracalnego uszkodzenia. Ale nie martw się, Sześć-Osiem-Cztery. Wszystko to wkrótce się skończy.

Mówi to tak, jakby miało mnie to w jakiś sposób pocieszyć.

Pozostawanie w bezruchu jest niemal niemożliwe, gdy Vanik zaczyna swoje testy: wciąż na nowo szturcha mnie, potrząsa, razi prądem i dźga. Wrzeszczę w duchu, wrzeszczę bardzo głośno, jednak wiem, że nikt mnie nie usłyszy, nikt mi nie pomoże, gdyż z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk. To boli. Boże, jak bardzo boli! I nie tylko fizycznie. Vanik odrywa kolejno każdą część tego, kim jestem: wszelkie poczucie godności, jakie zyskałam podczas sparingu z Enzem, pozostało już tylko ulotnym wspomnieniem. Jestem cieniem tej dziewczyny, która walczyła przed zaledwie kilkoma minutami. Gdyby Enzo albo Ward mogli mnie teraz zobaczyć… gdyby ktokolwiek mógł mnie teraz zobaczyć… ujrzeliby tylko skorupę ludzkiej istoty, czekającą – modlącą się! – żeby ten ból ustał. Ale Vanik nie przerywa, dopóki czas naszej sesji nie dobiega końca.

– Dosyć na dziś – mówi wreszcie, uwalniając z oków, którymi mnie unieruchomił, kiedy moje ciało zaczęło spazmatycznie dygotać.

– Jutro będziemy kontynuowali od tego punktu.

Chcę na niego wrzasnąć, lecz zanim mogę się zdecydować, czy byłoby to warte otwarcia ust, przez drzwi wchodzi dwóch strażników. Nie zawahają się mnie ukarać, jeśli uznają, że stanowię zagrożenie, a ja nie zniosę dziś żadnego więcej bólu. Potulnie cofam drżące ręce za plecy i czekam, podczas gdy oni skuwają mi przeguby kajdankami. Nie potrafię ukryć grymasu na twarzy, gdy zimny, twardy metal ściska moje wrażliwe ciało. Zużywam resztę energii, by utrzymać wyprostowaną postawę, kiedy eskorta prowadzi mnie na sesję z Wardem. Czuję, że skórę mam napiętą i lepką od potu, a chociaż moje nerwy płoną, szczękam zębami z zimna. Ból tak głęboko rozłupuje mi czaszkę, że zastanawiam się, czy Vanik bez mojej wiedzy nie dokonał na mnie inwazyjnej operacji neurochirurgicznej. Ale myślę, że nie jest aż tak zdesperowany. Jeszcze nie.

Strażnicy zatrzymują mnie szarpnięciem przed drzwiami biblioteki, zdejmują mi kajdanki i czekają, aż wejdę do środka. Wardowi zajęło zaledwie dwa dni danie eskortującym mnie ludziom jasno do zrozumienia, że nie są mile widziani wewnątrz jego pomieszczenia ewaluacyjnego. Wszyscy strażnicy mają ścisły rozkaz, by uwalniać mnie przed biblioteką, tak abym weszła tam sama. Tylko że dzisiaj po raz pierwszy mogłabym skorzystać z ich pomocy, bo kiedy odchodzą, a ja stawiam krok naprzód, zataczam się, jak najdosłowniej, do wnętrza sali i nie mam dość siły, by złapać równowagę, więc upadam ciężko na dywan jak worek zboża.

Ward woła coś do mnie, zaniepokojony, ale nie jestem w stanie odpowiedzieć. Chyba coraz głośniej powtarza moje imię, gdy podchodzi do mnie, leżącej nieruchomo. Z jego ust wylewa się potok pytań. Odwraca mnie na plecy i odgarnia mi z twarzy włosy za uszy. Mam zamknięte oczy, ale znajduję w sobie siłę woli, by je otworzyć, i widzę zatroskaną twarz Warda, nachyloną zaledwie kilkanaście centymetrów nad moją.

– Odezwij się do mnie, Chip – mówi. Przytyka dłoń do mojego policzka i z sykiem wciąga powietrze. – Jesteś lodowata. Co ci się, u diabła, stało?

Dygoczę gwałtownie i mogę tylko spoglądać w górę na niego. Potem oczy uciekają mi w tył czaszki, gdy ogarnia mnie słodka cisza nicości omdlenia.

 

Dyskusja