Dzika jazda bez trzymanki – recenzja książki „Droga Stali i Nadziei”

Podobno w podróży nie liczy się cel, a droga do niego. Ta myśl przewodnia przyświeca wielu produkcjom filmowym spod znaku „kina drogi”, gdzie wędrówka jest punktem wyjścia dla przygód bohaterów oraz stanowi źródło ich samopoznania. Podobne założenia przyjął też Dmitrij Manasypow w powieści „Droga Stali i Nadziei”, najnowszej pozycji z kultowego Uniwersum Metro.

Nowy tytuł z cyklu sygnowanego nazwiskiem Dmitrya Glukhovskiego, został osadzony w orientalnych rejonach świata po apokalipsie. Zapomnijcie o dusznych zaułkach moskiewskiego metra, fabuła zabiera nas w podróż przez skąpane w radioaktywnym deszczu, post-apokaliptyczne stepy. Manasypow na akcję powieści wybrał południowo-azjatycką część Rosji, a przewodnikami po niej jest trójka bohaterów: Morhołt – zaprawiony w boju stalker w średnim wieku, Azamat – niepozorny, młody nomad o tatarskich korzeniach, oraz Major Inga – antagonistka powieści, wywodząca się z militarnej organizacji Zakon. Fabuła przeplata równoległe trzy wątki, a ich wspólną osią jest postać „skanerki” Daszy – nastoletniej dziewczyny o nadprzyrodzonej mocy, porównywalnej do zdolności „lśnienia” z książek Stephena Kinga. Umiejętności Daszy przyciągają uwagę niebezpiecznych osobistości, chcących wykorzystać je do własnych celów.

Pierwsze skrzypce w powieści grają Azamat i Morhołt, obydwoje związani losem z młodą skanerką. Pierwszy, za sprawą propozycji nie do odrzucenia, otrzymuje zlecenie odnalezienia dziewczyny i sprowadzenia jej do „Nowoufijskiej republiki komunistycznej”. Drugi z protagonistów, pełni funkcję jej osobistego ochroniarza, mającego przetransportować Daszę do pewnego, tajemniczego miejsca. Ich tropem podąża także wspomniana Major Inga wraz z odziałem wojskowym, mająca złowrogie zamiary względem dziewczyny. Pozornie niepowiązane ze sobą wydarzenia, stopniowo zazębiają się, prowadząc do widowiskowego finału. Manasypow utrzymał fabułę w konwencji nieustannej pogoni. Powieść naszpikowana jest opisami brutalnych walk, gdzie największym zagrożeniem są nie tylko zamieszkujący powierzchnię mutanci, a ludzka bezwzględność i wyrachowanie. „Droga stali i nadziei” jest jedną z bardziej mrocznych i okrutnych książek z Uniwersum Metro. Duża w tym zasługa wspomnianej Major Ingi oraz podległych jej żołnierzy z organizacji Zakon. Kobieta jest typem socjopatki, którą można porównać do postaci Ramsaya Boltona z „Gry o Tron”, nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć swój cel.

Kreacja świata przedstawionego, odbiega od tego co znamy z książek Głukhovskiego i większości pozycji z uniwersum Metro. Rosja Manasypowa to brutalna i dzika kraina, w której rządzi prawo silniejszego. Bliżej jej do surowych, średniowiecznych realiów niźli uwarunkowań typowych dla post-apokaliptycznych kreacji. Dodatkowym autem jest umiejscowienie fabuły wyłącznie w świecie na powierzchni, co jest miłą odmianą od wyeksploatowanych w cyklu, podziemnych krain. Miejscami musimy zawiesić naszą niewiarę, gdyż opisy zjawisk występujących w post-apokaliptycznej Rosji Manasypowa, potrafią przyprawić o zawroty głowy nawet najwytrwalszych czytelników cyklu. Metrowe kury o zębatych dziobach i orlich pazurach, plemiona ludzi z wykształconymi skrzelami, to już wyższe poziomy fantastyki naukowej oraz chleb powszechni „Drogi Stali i Nadziei”. Niemniej poprzez odpowiednią dramaturgię i liczne zwroty akcji w fabule, pisarz umiejętnie utrzymuje naszą uwagę przy lekturze. W książce znajdziemy nawiązania do „Max Maxa” i innych klasyków gatunku, a konceptualnie ton dzieła jest bliski historiom z Zony Fabrycznej, z grą „Stalker” na czele.

„Droga Stali i Nadziei” to w pierwszej kolejności powieść przygodowa. Umowności i niedociągnięcia fabularne, umykają pod naporem dynamicznej akcji oraz pod czarem barwnych bohaterów. Manasypow umiejętnie wykorzystuje gatunkowe klisze, do opowiedzenie wartkiej historii. „Droga stali i nadziei” usatysfakcjonuje zarówno długoletnich fanów uniwersum Metro oraz dostarczy silnych wrażeń, wszystkim czytelnikom szukającym odskoczni od pandemicznego marazmu. Powieść jest udaną lekturą z powodzeniem wpisującą się w aktualne realia, post-apokaliptycznego cyklu Glukhovskiego, nastawionego na eksplorację świata na powierzchni. Manasypow zapewnia nam jazdę bez trzymanki w dzikie zakamarki radioaktywnej Rosji.

 

Dyskusja