Śmiech diabła – fragment

Shana zatoczyła się w tył, z trudem zmuszając obolałe ciało do przyjęcia wyprostowanej pozycji i utrzymania się na nogach. Nie mogła pozwolić sobie na upadek, świadoma tego, jak wiele mógł ją kosztować. Jeszcze za wcześnie, za wcześnie, by okazać słabość…

Drżącą dłonią starła krew z pięknych niegdyś ust. Starała się nie ukazywać lęku, choć wewnątrz krzyczała, błagała o litość. Jak wiele jeszcze wytrzyma? Jak długo uda jej się ich zwodzić? Żona przywódcy nie może odczuwać strachu. Musi być oparciem dla swoich ludzi, zwłaszcza w tych trudnych chwilach.

— Wiesz, że to się nie musi tak skończyć, prawda?

Świat wokół niej pociemniał, łaskawie szczędząc jej widoku podchodzącego do niej mężczyzny. Nie drgnęła nawet, gdy zimna dłoń Frithusa sięgnęła do jej spalonego policzka i dotknęła go w brutalnej parodii pieszczoty. Poczerniała skóra przywierała do jego brudnych, kościstych palców, gdy, nie zważając na jej urywany oddech, badał kolejny odcinek okaleczonego ciała. Czuła, że sprawia mu to przyjemność — widziała to w jego pustych oczach. Jeśli on nie mógł jej mieć, nie zamierzał pozwolić na to, by należała do kogokolwiek innego.

— Arminowie nigdy nie zapominają, Shano. I nie okazują litości kobietom, które nimi wzgardziły.

— Więc puścisz ich wolno? — zapytała szeptem, nie odrywając spojrzenia dumnych, zielonych oczu od zebranej w kącie sali maleńkiej grupki kobiet i dzieci, ostatnich niedobitków Nomander. Próżno było szukać wśród nich któregoś z jej chłopców — nim nadeszło południe wszyscy polegli w tej beznadziejnej walce, gdy daremnie próbowali wygrać z najeźdźcami. Balor starał się wyszkolić ich jak najlepiej, oni zaś z uwagą chłonęli każdą płynącą z jego ust naukę, lecz nie zmieniało to faktu, że większość z nich nadal pozostawała dziećmi, a ludzie w trupich maskach wydawali się niepokonani. Nikt nie był w stanie im się przeciwstawić.

— Być może — odparł Frithus i odsunął dłoń od twarzy kobiety. Jego czarna, pokryta krwią broda drgnęła lekko, gdy uśmiechnął się zagadkowo.

Shana zbyt dobrze znała ten grymas, by wiązać z nim jakąkolwiek nadzieję. Ostatkiem sił nakazała sobie zachowanie spokoju, modląc się o jeszcze trochę czasu. Tylko tyle, aby nie pozwolić przerażonym kobietom odejść w samotności i uchronić je przed wpadnięciem w panikę, która jeszcze bardziej rozjuszyłaby ich oprawców. Byli jak wygłodniałe wilki, szukające nawet najmniejszych oznak strachu i wykorzystujących je do osaczenia ofiary. Frithus z rodu Arminów był zaś najgorszy z nich. Był diabłem, najokrutniejszym z demonów. Już dawno stracił resztkę człowieczeństwa.

Shana starała się nie zwracać uwagi na jego wyważone ruchy, próbowała lekceważyć stukot ciężkich butów, gdy okrążał ją, z uwagą wynotowując w pamięci wszystkie zmiany, które nastąpiły w jej ciele na przełomie ostatnich dwudziestu dwóch lat. Wiedziała, że stara się w niej dojrzeć tę nastoletnią dziewczynę, która raniła go nożem, gdy chciał zabrać ją ze sobą; że usilnie próbował dopatrzyć się dowodu na to, że teraz tego żałowała. Być może, tak jak ona, nie spodziewał się, że znów się spotkają… Co jednak, jeśli wciąż na to czekał?

— Mam zabijać ich po kolei na twoich oczach? Rozpruwać jedno po drugim tylko po to, żebyś zaczęła mówić? Są warci mniej od twojej córki? — wysyczał, gdy zatrzymał się w końcu za jej plecami.

Dyskusja