Topos przełamany – recenzja książki „Śmiech diabła”

Czego oczekiwać od dobrego fantasy? Wartkiej akcji? Częstych zwrotów akcji? Spektakularnych wydarzeń? Agnieszka Miela udowadnia, że to nie wystarcza i niekoniecznie jest potrzebne, aby zadowolić czytelnika. Co wcale nie oznacza, że książce brak powyższych cech.

Jest to druga edycja „Śmiechu diabła”, pierwszego tomu „Dzieci Starych Bogów”, która musiała czekać dwa lata, żeby ponownie ujrzeć światło dzienne – tym razem w odświeżonej, porządnej szacie oraz z poprawkami, uzupełnieniami i rozwiniętymi wątkami. Być może właśnie ten szczegół sprawia, że debiut autorki odbiega od, niestety, często spotykanych w pierwszych dziełach standardów. Co to oznacza? Ani przez chwilę czytelnik nie czuje, aby obcował z literaturą raczkującego twórcy – widać dopracowanie, pasję i warsztat.

Opowieść zaczyna się pozornie klasycznie. Protagoniści przeżywają kryzys motywujący ich do wyruszenia w drogę i wypełnienia zadania – w tym przypadku dokonania zemsty. I choć na drodze potykają się o coraz to wymyślniejsze przeszkody i z trudem przechodzą kolejne próby, wcale nie jest to powieść wyłącznie przygodowa. Sięga głębiej: do tematów bardziej osobistych – do przeznaczenia i tego, kim się jest i czy w ogóle można to zmienić.

Przeznaczenie to nad wyraz silny motyw, który w nieodpowiednich rękach mógłby stać się czymś banalnym, pretensjonalnym czy przesadzonym. W ujęciu Mieli to narzędzie igraszek bogów, które oddziałuje na bohaterów, nakłada na nich łańcuchy – w powieści to właśnie usilne próby wyzwolenia się z oków stają się jednym z ważniejszych motywów, czasem przeplatający się z innym, będące w cieniu, ale dające odbiorcy to, czego powinno się oczekiwać od naprawdę dobrej literatury.

Czytając tę powieść nie tylko wgłębiamy się w umysły bohaterów, lecz zaczynamy zastanawiać się nad bytnością jednostki w społeczeństwie, nad tym, co tak naprawdę kształtuje nasze role i to, kim się stajemy, a chyba przede wszystkim, czy to my mamy większy wpływ na nas czy to, co nas otacza i co zostaje nam przekazane w spuściźnie przodków. Bohaterowie muszą mierzyć się z tymi samymi pytaniami, tylko ich sytuacja została literacko przejaskrawiona (nie mylić z przerysowana!) – taka hiperbola, w żadnym wypadku niesztuczna, pozwala wyróżnić się tej opowieści na tle innych, które powierzchownie oferują sensowną przygodę. W tym przypadku to przygoda, która rozpoczyna się na kartach, a kończy w nas samych.

Jedyne, co na początku przeszkadza to rytm – leniwa dynamika pierwszych rozdziałów może sugerować rozwleczoną fabułę. Niemniej, nie należy odczytywać tego jako indeksu ospałej lektury. Z biegiem kartek akcja nabiera właściwego powieściom przygodowym tempa, ekspozycja nie jest już tak częsta, a czytelnik zaznajomiony z podstawami świata, może oddać się przyjemności czytania lub kontemplacji tego, co kryje się za wydarzeniami, postawami i symbolami.

Świadomie czy nie, autorce udało się bowiem oddać w „Śmiechu diabła” niezwykle aktualne tematy oraz uniwersalne prawdy, odzwierciedlające społeczeństwo, człowieka i archetyp. Sprytna zabawa toposem czyni z kobiety – głównej bohaterki (w apolińskim mniemaniu pierwiastka chaosu) ducha porządku, zaś z mężczyzny – protagonisty figurę… chaosu. To nie mężczyzna uosabia tu ideę jasno sprecyzowanych definicji, oczekiwań i dążeń, wręcz przeciwnie, wprowadza zamęt, a jego zachowanie w pewnym sensie niepokoi i zastanawia.

„Śmiech diabła” to przyjemność, której nie sposób sobie odmówić. Literacka gra na poziomie, zabawa konwencją i pozorami, a także skrywanie wielkich pytań i sensów tam, gdzie czytelnik zwykle się ich nie spodziewa. Mam nadzieję, że drugi tom dotrze do nas szybko, ponieważ tak intrygujące, przyjemne i dające do myślenia treści są czymś, czego w wydawanej obecnie prozie nie powinno brakować.

 

Dyskusja