Nowe wcielenie klasyka – recenzja książki „Dziecko Rosemary”

Ocenianie klasycznych, cenionych książek nigdy nie należy do zadań prostych. Na pewno można spodziewać się chwalebnych opinii – trudno przecież nie zgodzić się z obiektywnym uznaniem i dogłębną, analityczną krytyką. Gdy postanowimy zaś nieprzychylnie zrecenzować kanon, możemy naradzić się na śmieszność oraz identyfikację z ignorancją. W przypadku „Dziecka Rosemary” Iry Levina nie sposób nie przyznać racji pozytywnym oceną, ale bynajmniej nie dlatego, że wystawiły je autorytety i przyjęto, że to znakomita powieść – ona po prostu taka jest.

Opowieść o młodym małżeństwie zdążyła wryć się w popkulturową świadomość za sprawą wyśmienitego widowiska w reżyserii Romana Polańskiego z 1968 roku, która przyniosła twórcom Oscara, Złoty Glob, Nagrodę Davida Di Donatello, Nagrodę Amerykańskiego Instytutu Filmowego oraz liczne nominacje. Jednak czy to dzięki zmyślnej adaptacji, czy bardzo dobremu materiałowi źródłowemu? Odpowiedź na to pytanie nie powinna dziwić zaznajomionych z tymi tekstami kultury – brzmi ona: po dwakroć tak!

W Nowym Jorku lat 60. XX wieku Rosemary i Guy wprowadzają się do luksusowej kamienicy, która choć owiana złą sławą, oferuje nadzieję na pomyślne, komfortowe życie. Pierwsze chwile takie są – miłe, troskliwe sąsiedztwo czy wygoda, a nawet nowa rola dla Guya, młodego aktora. Małżeństwo decyduje się na dziecko. Gdy Rosemary jest przy nadziei, wokół zaczynają dziać się dziwne rzeczy, ma koszmary, halucynacje, bóle brzucha. Z każdym dniem jest coraz – uczucia osaczenia, niepewności, klaustrofobii zaczynają się pogłębiać.

Brzmi znajomo? Zapewne. Od napisania (i premiery słynnej adaptacji) minęło ponad pół wieku, a kina i księgarniane półki zdążyły się wypełnić tworami podobnymi – mniej lub bardziej udanymi. Sam Levin zainspirował się twórczością science fiction Johna Wyndhama, w której za „niezwykłym poczęciem” stoją kosmici. W tym przypadku pałeczkę przejmuje Szatan – i literacko wyszło to znakomicie.

Strukturalnie nie budzi zgrzytów – mimo że to dzieło sprzed ponad pięćdziesięciu lat – wszystko czyta się tak, jakby zostało napisane przez współczesnego autora, sięgającego jedynie po pewną nienachalną stylizację i odmienny (nam) anturaż. Być może to zasługa oszczędnego stylu i niezwykle przekonującej narracji. Pisarz w tym, co tu zrobił był nad wyraz autentyczny, nie czuć w żadnej ze scen sztuczności, przesady, przerysowania – wszystko ma szyk i iluzoryczną szczerość.

Z pewnością rzeka powieści porwała także dlatego, że postacie zostały dobrze napisane, skonstruowane, wyraziste i zapadające w pamięć, a chyba przede wszystkim budzące w czytelniku emocje.

„Dziecko Rosemary” ponadto podejmuje się wciąż aktualnych – bodaj dziś jeszcze silniej – tematów związanych z kobietą, jej miejscem w społeczeństwie i związku. Pewnych powinnościach, lękach, kajdanach kultury, tych wszystkich schematów, które czasem są straszniejsze od metafizycznej grozy. Ale i ta ma miejsce w tym dziele – nie jest tak namacalna jak w „Egzorcyście”, ani wymyślna jak u Lovecrafta – jest subtelna, mglista, lecz także zdradziecka i skryta.

Czy warto dziś sięgać po książkę Levina? Owszem. To powieść wyjątkowa na wielu płaszczyznach. Znakomicie buduje napięcie. Ma nieprzeciętną, wiarygodną fabułę, przekonujących bohaterów, oszczędną, porywającą narrację. Podejmuje się tematów ciekawych pięćdziesiąt lat temu i nadal dotykających tego, co nas otacza. To także klasyka, której tropy zostały wykorzystane w (nie)zliczonej liczby późniejszych dzieł.

 

Dyskusja