Wojna w umysłach, emocjach i ludziach – recenzja książki „Płonący Bóg”

Od dłuższego czasu widać, że Fabryka Słów szuka nowych tropów w fantastyce i sięga nierzadko po pozycje, które choć opierają się na znanych schematach, to przełamują tabu (i w świecie literackim, i nawet w naszych realiach), pokazują zjawiska z innej perspektywy czy bawią się konwencją. Jedną z takim propozycji są „Wojny Makowe”, zamknięte niedawno opublikowanym „Płonącym Bogiem”.

Trudno doszukiwać się nadziei, gdy motywuje nas szalona, trudna do zrealizowana i mająca przed sobą tysiące przeszkód idea. Idea, która pociągnęła za sobą niespełnione rzesze. Na początku zmotywowane, pragnące zmian i marzący o lepszym świecie. A z czasem topniejące w zapale i pragnące powrotu do dawnych, nieciekawych czasów. „Płonący Bóg” – jako konsekwencja i podsumowanie cyklu „Wojen Makowych” – mówi o wielu aspektach wojny, porusza problematykę codziennego życia, bezsensowności zbrojnego konfliktu, zbrodniczych ideologii, kryzysu jednostki i walczących stron… Rebecca F. Kuang pięknie opisała świat i wojnę, jednocześnie mocno krytykując wzorce opierające się na agresji, przemocy, wyzysku oraz dominacji silniejszego.

Fang Runin przeszła długą drogę i wciąż musi radzić sobie z przeciwnościami losu, jak choćby piętno pozostawione po niedawnej walce. Buntowniczka nadal ma wielu wrogów i niepewnych przyjaciół, po władzę chce sięgnąć każdy. Jednak na ostatnim etapie podróży nie czeka ją już tylko walka o region, kraj czy bliskich – będzie musiała zmierzyć się z najgroźniejszym przeciwnikiem, zdolnym do zniszczenia wszystkiego, co Runin zna.

Zdawać by się mogło, że heroiczna postawa, zahartowane licznymi doświadczeniami ciało i dusza poradzą sobie nawet z boskimi przeciwnikami, ale chociaż najgroźniejsi wrogowie będą wręcz namacali i widoczni, najgroźniejszym może okazać się to, co siedzi w jej głowie. Kuang bowiem nie porzuca tego aspektu, co więcej podkreśla przeżycia emocjonalne i wskazuje jak bardzo traumy czy stres wpływają na kształtowanie człowieka. Powieść (a właściwie cykl) skupia się na kilku możliwych drogach, które można umownie podzielić na jednostkowy i kolektywny – indywidualne kształtowanie urazów psychicznych czytelnik obserwuje głównie na przykładzie Rin (Runin), zaś zbiorowe na bazie różnych grup żołnierzy biorących udział w tych konfliktach. Są to zarówno młode, niepierzone żółtodzioby, jak i weterani bądź generalicja.

To nie jedyne, co czeka nas podczas lektury „Płonącego Boga”. Spoglądanie na życie różnych warstw armii to bogate doświadczenie, odmalowane przez Kuang z wysoką szczegółowością. Ukazanie wojny okiem laika – dopiero co wcielonego do wojska żołdaka, wspomnienia dowódców, obyczajowość średniego szczebla, codzienne życie obozu – czytelnik czuje się częścią tego wszystkiego. Być może niektórym zda się to nudne, ale dzięki temu udaje się autorce wpłynąć na odbiorcę i dać odczuć rutynę, żmudę, marazm uczestnictwa w walce. Szczególnie, że to opowieść o ludziach, żyjących opowieściami, heroicznym mitem, który muszę skonfrontować z brutalną, okrutną i niesprawiedliwą rzeczywistością wojny. I wszędobylskim bezsensem – walcem, który ma zmienić świat niczym znany z kart historii czerwony ład, a w istocie przynosi wyłącznie cierpienie, śmierć i nędzę.

Wspomniany bezsens wojny odczuwa się podobnie jak relacje szeregowych z Wietnamu – walki o coś wielkiego, o ideały, lecz szybko zdeptane i przeinaczone. Oto bój o coś, co drzemało w uciśnionych – gniew, poczucie niemocy, powołanie i chęć wyzwolenia, a ostateczne rozwiązanie nie przynosi rzeczywistej zmiany, świat wciąż jest taki jak był. Jedynie powietrze zostało spuszczone przez wentyl bezpieczeństwa – wojnę z wyzyskiem, która miast go zniszczyć, zastąpiła jego starych nadzorców innymi. A cena tego była wysoka.

Jest to także opowieść o wędrówce. Z jednej strony poznawaniu, odkrywaniu świata od podstaw, skrupulatnie i konsekwentnie, a przy tym na tyle malowniczo i udatnie, że czytelnik nie narzeka na liczne opisy przyrody. Wręcz przeciwnie, łaknie ich – tak samo jak objaśniania reguł rządzących tym uniwersum albo przynajmniej sugestii, które pozwoliłby mu zastanawiać się nad jego modus operandi. To prawdziwy talent (bodaj marketingowy?), aby opisać („sprzedać”?) to w taki sposób świat, żeby czytelnikowi chciało się wybrać do biura podróży i zamówić wycieczkę właśnie do tego zakątka (tu fikcyjnego).

Z drugiej strony to także wędrówka wybrańca – wędrówka duchowa, wewnętrzna, którą Rin przechodzi – dla odbiorcy raczej spodziewanie – choć nieszablonowo względem utartych w fantasy (z silnym motywem wybrańca) ścieżek. Nie ma tu „happy endu”, skutki działań i wydarzeń nie pozwalają na ckliwe zakończenie. A to nadaje całości tylko jeszcze więcej wiarygodności.

„Płonący Bóg” to militarne fantasy z bogatą warstwą emocjonalną, bogato zarysowanym światem przedstawionym, intrygującym systemie magicznym i wielu przemyśleniach, ponieważ to książka zarówno schematyczna, a z drugiej bardzo przewrotna. Czas z nią na pewno czytelnik szukający rozrywki, acz i nieco powodów do przemyśleń, nie uzna za stracony.

 

Dyskusja