Okres burzy i naporu – recenzja książki „Koniec maskarady”

Samantha Shannon ponownie ma dla bohaterki ambitne, wymagające energii plany, ale główna bohaterka Paige nie jest typem Mary Sue, nie przeskakuje każdego płotka tak samo szybko, nie leczy się od zadanych ran w mgnieniu, a wszystko, co robi ma konsekwencje. Właśnie to stara się nam unaocznić czwarta książka „Czasu Żniw”.

Jedynie kilka dni wystarczyło, aby złamać człowieka i pozostawić w nim ślad do końca życia. Torturowana, złamana, pełna ran fizycznych i psychicznych Paige trafia do Paryża, ratować to, co zapoczątkowała. Jej iskra zapłonęła ogniem, lecz Sajon nie zamierza pozwolić na to, aby ogień rewolucji się rozprzestrzeniał – uderza w Portugalię i Hiszpanię. Bohaterka odbiera to jako cios w nią, a we francuskiej metropolii stara się znaleźć sojuszników, którzy pomogą odeprzeć bezlitosnego wroga.

Paryż dzikszy od Londynu? Nie do końca. Taka formuła – umieszczona w blurbie – może przygotować odbiorcę na zgoła inne doświadczenia. Paryż wydaje się mniej zawiły, uporządkowany, klarowny… W taki Paryż trafia Paige, lecz szybko przekonuje się, że ta (zapowiadana) dzikość ma miejsce w relacjach między grupami, w podziemiu, w walce o wpływy i władzę. Kreacja tego społeczeństwa, odmiennego od tego, które poznaliśmy w Londynie, zniuansowanego, rozdrobnionego, podejrzanego, to dla czytelnika powiew czegoś nowego – Shannon dobrze zdaje sobie sprawę, że przebywanie w jednym środowisku może zmęczyć. Dlatego sprawnie porusza się po świecie przedstawionym realizując fabularne założenia – konsekwentnie prowadzone – dostarczając coraz to nowych lokacji, praw, a ekspozycja prawie nigdy nie nudzi. Są miejsca, gdzie rozbudowane opisy mogłyby być bardziej lakoniczne. Niemniej, nie są one czymś, co skreśla lekturę. Wręcz przeciwnie, to miejsca, nad którymi trzeba popracować w drodze do ideału.

Jak się rzekło, fabuła prowadzona jest przemyślanie i sensownie, choć nie oznacza to, że autorka nie pozostawiła na czytelników kilku pułapek. Shannon zgrabnie budzi w odbiorcy oczekiwania, a potem sprawnie je łamie – coś, co miało się wydarzyć, czytelnik był tego pewien, bo co mogło pójść nie tak?, nie udaje się, a podłoże jest tu mocne i nie ma żadnych deus ex machina. Po prostu, „dałeś się złapać”, zapomniałeś o czymś, co może i nie było wyeksponowane, ale jak najbardziej zasługuje na miano strzelby Czechowa, tyle że zwiodły Cię fałszywe tropy.

Konsekwencja. To coś, czego Shannon trzyma się bez względu na wszystko. Nie bawi się w ratowanie bohaterów, tylko dlatego, że spodobali się czytelnikom czy znakomicie wyszli autorce. Błędy popełniane przez bohaterów są niewybaczalne, to okrutny, pełen przemocy i agresji świat, w którym skutki mogą być opłakane. A ślady potrafią pozostać z postacią do końca, mimo że powierzchownie wszystko wygląda dobrze, natomiast rany się zabliźniły.

Jednak wcale nie oznacza to, że uniwersum jest wyłącznie czarne albo że kontrastuje z bielą. Nie. Bohaterowie, społeczności są w szarej strefie, nawet ci najbardziej źli, mają w sobie pierwiastek niejednoznaczności. Niewiele tu sylwetek, których pobudki są błahe i wynikają z egoistycznego zaspokajania swych potrzeb. Zawsze coś jest na rzeczy – czytelnik jest tego świadom, choć nie zawsze zostaje mu to podane wprost. Niezgorszym przykładem realizacji tego w „Końcu maskarady” jest sposób przedstawienia grup w Paryżu, każda z nich ma swoją władzę, swoje powiązania, cele i potrzeby. Paige stara się rozwikłać poszczególne powiązania i dotrzeć do informacji, które będą pomocne w budowaniu relacji z potencjalnymi sojusznikami. Dzięki temu czytelnik poznaje motywacje i dążenia osób oraz społeczności.

Sama protagonistka również nie jest bohaterką bez skazy. Czasem musi zrobić coś dla większego dobra. Ale wybory w niej zostają, dręczą ją i kształtują. Podobnie jak inne doświadczenia, szczególnie te niedawne, przez które nie potrafi już żyć normalnie. Kluczowe w tym jest to, że takie eksperiencje rzeczywiście oddziałują na kreacje bohaterów – widzimy, że coś ich dotknęło, że coś zobaczyli i to wpływa na postrzeganie przez nich świata. Zmienia im się optyka, rozwijają się, cierpią i budują na tym relacje z otoczeniem.

Czwarty tom „Czasu Żniw” ma do powiedzenie dużo, a żadna scena nie sprawia, że czytelnik ma ochotę odłożyć książkę na potem. Nie ma tu przesadnych dłużyzn opisowych, nie ma tu elementów niepotrzebnych dla fabuły i rozwoju bohaterów. Shannon przemyślała opowieść, każde wydarzenie i decyzja wpływa na świat i niesie za sobą konsekwencje. „Koniec maskarady” udowadnia dobitnie, jak jeden pozornie błahy wybór może oddziaływać, a w trakcie tej historii było ich mnóstwo. Żaden nie został potraktowany po macoszemu, ni zapomniany. Ot, dystopia napisana z rozmachem i sensem – chcę więcej!

Dyskusja