Tyle tam dobrego, nie zabrakło nawet Boscha! – recenzja książki „Pan Lodowego Ogrodu”

Tekst koncentruje się na tomie pierwszym i drugim

Jedna z najciekawszych polskich powieści fantasy doczekała się nowego wydania. Dotychczas ukazały się dwa tomy i każdy z nich jest wizualnym dziełem sztuki – „Pan Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza ponownie otrzymał godną oprawę. A wnętrze? Powrót po latach pozwala odkryć nowe smaczki, nowe treści, nowe sensy.

Vuko aka Nocny Wędrowiec, Ziemianin, trafia na Midgaard, glob niezwykle podobny do Błękitnej Planety, gdzie rozwinęło się inteligentne życie, zaś cywilizacje osiągnęły poziom zbliżony do feudalnego. Mężczyzna wyposażony w zaawansowany wzmacniacz ciała w formie wszczepionej SI nie może wyraźnie wpłynąć na to, co dzieje się na tym świecie, ani się ujawnić. Jego cel wydaje się prosty – odnaleźć członków poprzedniej badawczej wyprawy. Jak można się spodziewać, niewiele potoczy się według planu.

W międzyczasie, gdzieś po drugiej stronie kontynentu Rzemień, Młody Tygrys, przyszły cesarz Amitraju, przechodzi przez szkolenie na władcę. Trwa to kilka lat, bowiem w państwie rodzi się rewolta, książę musi uciekać – i to właściwie droga. Od chwili poznawania sztuk wszelakich (sprawności bojowych, dowódczych i… tych potrzebnych w alkowie), młodzieniec ucieka, natrafiając na niepowodzenia i zdrady. Jednak zawsze udaje mu się z nich uciec.

Grzędowicz nie odkrył Nowego Świata Fantasy. Nie wykreował czegoś całkowicie innowacyjnego, ale motywy, które wykorzystał do utkania swojej historii, potrafił zmontować tak, że zasłużenie znalazł się w gronie tych utalentowanych autorów, potrafiących sprawnie, widowiskowo i sensownie połączyć fantasy i science fiction. Mocne ugruntowanie, przekonujące wyjaśnienia sprawiają, że czytelnik jest zachęcony do zawieszenia niewiary. Dzięki temu, wszystko, co dzieje się na kartach powieści wydaje się równie wiarygodne, co cudowne, legendarne, mityczne… Chociaż to przyszłość za kilka-kilkanaście dekad, tyle, że na innych warunkach fizycznych (istnieje tam coś na kształt magii – a raczej miejsc, w których niektóre rzeczy działają jak magia kreacji). Większość elementów funkcjonuje jednak jak na Ziemi – stąd czytelnik szybko orientuje się w sytuacji, a każdorazowy wypad Vuko do nowej lokacji to poznawanie wioski sąsiada.

W dwóch pierwszych tomach nie brakuje licznych odniesień i inspiracji sztuką. Już sam początek to odniesienie do „O czym marzą psyborgi” Pierre’a Barbeta, a pewna izolacja środowiska to nic czego nie widzieliśmy choćby u Jacka L. Chalkera (Czterech Władców Rombu), z kolei u C.S. Friedman (Trylogia Zimnego Ognia) planetę, na której rzeczywistość kreują myśli. Czy to wszystko? W żadnym wypadku. Grzędowicz, gdzie może tam nawiązanie pośle. Czasem od intertekstualności pęka. A to Hieronim Bosch w porównaniu, a to Flecista z Hameln, Edgar Allan Poe, Beowulf… Jest na szczęście w tym wszystkim spójność. Nic nie wybija z rytmu, nie wydaje się wepchane na siłę, ani odcinające się od otoczenia. Autor zaaranżował to tak zgrabnie i z pomysłem, że lektura wciąż jest potoczysta, a nawiązania to miłe mrugnięcia okiem. Nie zaś nachalna demonstracja erudycji.

Fabularnie nie będzie dramatycznych zwrotów akcji (za wyjątkiem kilku – finał pierwszego tomu: sztos!, a rozpoczęcie drugiego – przepiękny, w ogóle nie nudzący opis przyrody i… nie tylko). Dwóch głównych bohaterów (ale przede wszystkim Vuko) doświadczają przeróżnych sytuacji, niekiedy wręcz nieprawdopodobnych, rozwiązują zagadki czy starają się uporać z kolejną próbą, postawioną im przez los. Co nie oznacza, że książka nudzi, nie angażuje i jest przewidywalna (w przypadku Rzemienia trochę tak, ale jego funkcja jest w całości jest trochę inna – w dwóch pierwszych tomach tego nie widać, dopiero kolejne dwa nieco to wyjaśnią). Grzędowicz skonstruował pełną akcji, ciekawych lokacji, imponujących wizji i idei opowieść, od której trudno się oderwać. A i daje do myślenia w wielu kwestiach, nagina tabu (w smaczny sposób), wybija ze strefy komfortu (ponownie ze smakiem i podsyceniem apetytu na więcej). No i przede wszystkim, fabularnie ucieszy nie tylko nowych czytelników, fani autora sięgając ponownie po tomy będą się rozkoszować niezwykłą koncepcją świata, bohatera i… historii, przy tym odkrywając nowe sensy i dostrzegając coś, co dziś jest dla nich bardziej czytelne.

Malownicze terytoria i struktura powieści to jedno. Grzędowiczowi udało się ponadto ciekawie napisać bohaterów. Generalnie są różni od siebie, mają wiele cech indywidualnych, które sprawią, że czytelnik szybko ich zapamiętuje. Podczas rozwoju opowieści, szybko buduje z nimi więź, co budzi w odbiorcy troskę o los postaci. Szczególnie, że często dowiaduje się o tym, jak wyglądało ich dotychczasowe życie (czytelnik wchodzi w swoistą rolę powiernika), co ich motywuje (i nie są to banalne rzeczy), mierzy się z ich myślami i poglądami, a przy tym wielokrotnie dostrzega jak konkretne sytuacje na nich wpływają, jak ich zmieniają i jakie niesie to konsekwencje do dalszych wypadków. Płycizny charakterologicznej i ciekawego rysu autorowi nijak w przypadku tomu pierwszego i drugiego zarzucić absolutnie nie można.

Jednak to, co przede wszystkim zmieniło się w tym dziele to oprawa i redakcja. Formalnie w tekście nie zrobiono wielkich modyfikacji, właściwie pokuszono się bodaj o ponowne przejrzenie. Wznowienie dało natomiast powód, aby „Pan Lodowego Ogrodu” otrzymał wreszcie twardą okładkę, na co z pewnością zasługiwał i w tym wydaniu prezentuje się znakomicie. Ilustracje okładkowe to zaś dzieło Vladislava Shikina. Nie mogło zabraknąć także mapy! Wiadomo, fantasy bez mapy, to nie fantasy! Niedopatrzenie we wcześniejszych wydaniach zostało więc wybaczone.

Pierwsze dwa tomy „Pana Lodowego Ogrodu” to piękne, angażujące, potoczyste i przemyślane wprowadzenie do tego świata, ale także rozwinięcie znacznej części całości, poznanie reguł oraz tego, do czego to wszystko poprowadzi. Konsekwentnie rozwijane uniwersum, fabuła oparta na wędrówce (to właściwie powieść drogi, w przypadku fragmentów Rzemienia także inicjacyjna) nie czynią z niej ponadto finału „tego dobrego”. Jeszcze nic się nie rozstrzygnęło, obranie kursu to jedno, ale zawsze może nadejść sztorm. Jeżeli jesteście na niego gotowi, to już wkrótce Fabryka Słów dostarczy kolejne dwa tomy.

Dyskusja