Wesoła Kompania – recenzja książki „Nie ma tego Złego”

U Marcina Mortki bez zmian. Wciąż wieje przygodą, wciąż bohaterowie są sympatyczni i wyraziści, a całość okraszona jest niewybrednym humorem. Cóż, lektura idealna na upalne lato – bijatyka, rąbanka, śpiew, zew przygody, a gdzieś za pagórkiem quest.

Jeżeli dobrze znacie prozę Marcina Mortki, w tym przypadku nie zawiedziecie się. Są tu elementy, które czytelnik może kojarzyć z „Mórz Wszetecznych” czy „Martwego Jeziora” – drużyna różniących się do siebie indywiduów, cierpki, rubaszny humor, pełna zwrotów akcji fabuła, wielkie czyny i wyzwania, grodziska, świat podzielony na zwalczające się frakcje, a także miejsce na chwilę wytchnienia, gdzie przy ognisku bądź kuflu piwa ścieśniają się więzi. Wiele motywów wygląda na znajome, to kolejna porcja znakomitej zabawy, którą polubiliśmy w niezobowiązującej fantasy spod znaku Howarda czy Morcoocka, choć mniej na serio. Mortka lubi tworzyć w takich konwencjach i właściwie chwała mu za to, bo niewielu już odważa się na takie dzieła – swojskie, bezwzględne, proste, a przede wszystkim oferujące mnóstwo rozrywki. Ale tym razem autor poszedł o krok dalej i zabawił się gatunkiem w meta.

Niegdysiejszy wojownik Edmund, weteran jednej z wojen o miedzę między dziedzicami, prowadzi za dnia spokojne życie karczmarza: żona, dzieci, teściowa, kocur, koleżkowie. Nic specjalnego. Nocą zaś para się dawnym fachem w nieco inny sposób. Wraz z przyjaciółmi tworzy grupę najemników, ale ostatnio o jego alternatywnym zajęciu dowiedziała się żona… Fach trzeba będzie porzucić, tylko po ostatniej misji! Jak się okazuje, ta ostatnia misja nie wychodzi według planu, no i wesoła kompania ma pełne ręce roboty – liczy na nich cały świat.

Tak. Będzie rąbanka, będzie pobojowisko, będzie seria prób, seria niepowodzeń, zwrotów fabuły, raz jeden bohater coś wypali, raz drugi będzie leciał mu na pomoc. Nie ma tu odkrywczości. I w zupełnie niczym to nie przeszkadza. To samoświadoma powieść do bólu. Mortka nie od wczoraj książki pisze i, wnioskując, po którejś z kolei (a na świeżo „Morzach Wszetecznych”) lekturze wie, co robi. Widać tę zabawę konwencją, to podejście z dystansem do pozornie oklepanych motywów i wątków. Dobór elementów i sposób obchodzenia się z nimi to u Mortki clou.

Zgadza się, powieść będzie bawić lekkością, płynnością i dowcipem (często także sytuacyjnym), ale bawi również w sferze meta: oto walka, która mogłaby zakończyć się tu i teraz, ale wróg musi przed zadaniem decydującego ciosu wygłosić pean na cześć swego nadchodzącego czynu. Uważny czytelnik nie złapie się na to, dostrzeże, że to celowy zabieg – pewna forma wyśmiania (w pozytywny sposób) określonych zachowań, zabiegów, części składowych. Oto bowiem bohaterowie stają naprzeciw Zła, takiego Zła, co to kiedyś prawie podporządkowało sobie cały świat, takiego, co to się nim dzieci straszy… I czymże jest to Zło zapytacie? No, każdy coś tam odpowie, lecz będzie to porównywalne do stwierdzenia, że jest złe bądź niedobre. Autor po czasie wyjawia, czym tak właściwie jest Zło w jego powieści – i pasuje to do obranego przezeń stylu, ma sens, a nawet pełnoprawny urok.

Urokliwa jest ponadto kreacja świata. Opiera się ona co prawda na mediewistycznej tradycji zachodu, chociaż wiele tu elementów zaczerpniętych z rodzimego poletka. Nazwy, obyczaje, sposób bycia i zachowania, w takim tworzywie Mortka (skądinąd sprawny tłumacz) radzi sobie znakomicie. Dzięki odpowiednim zabiegom – nie tylko nomenklaturze, ale i motywom, sytuacjom i nawiązaniom – buduje sielski, swojski nastrój. Nie czuć tu pompatycznej rycerskości (chyba że wynika ona z celowego zabiegu i stanowi właściwie persyflaż), nie czuć tu ciężkiego nastroju (mimo że bohaterowie, których polubiliśmy mają nóż na gardle), nie ma tu czczego odhaczania zadań (o ile nie jest to zamierzone), wszystko jest odpowiednie, a Dolina (świat przedstawiony) jawi się odbiorcy jako coś dziejącego się w naszych klimatach.

W ogóle nie zaprzeczają temu bohaterowie – żywcem wyciągnięci z czegoś na wzór Dungeons & Dragons. Krasnolud? Awanturnicza złota rączka. Guślarz? Coś na wzór tajemniczego czarodzieja. Elf? Znakomity łucznik. Rycerz? Pełen cnót… Etykiety i atrybuty rodem z wspomnianej gry RPG, zachodnia moda lat 80./90. jak się patrzy. Tyle że nie do końca. Elf okazuje się mordercą socjopatą. Rycerz nosi zbroję po dziadku, równie sprawną co wymieniony przodek. Guślarz… ten akurat stanowi novum w takim zestawieniu. Każdy z nich zaś posiada w sobie coś, co sprawia, że jest bardziej „nasz” niż „ich” (nie miejcie za złe tego, nie mam tu na myśli „nasze lepsze!”). Kolejna igraszka: zabawa archetypami – wykonana w tej konwencji brawurowo.

Co może stanowić problem podczas lektury? Akceptacja konwencji. Nie jest to opus magnum autora. Pozycja została napisana w bardzo specyficzny, miejscami sprośny, miejscami nieśmieszny sposób, często muska znane struny, nierzadko wprowadza czytelnika w konsternację. Jeżeli nie uda nam się zawiesić niewiary, przymknąć oko na związki logiczne, to nie do końca powieść dla nas. Powierzchownie wydaje się typowym fantasy à la Howard, gdzie raczej nie ma miejsca na normalne silne kobiety (szkoda zresztą, że autor nie pomyślał o postaci kobiecej w drużynie… albo bardziej nie rozwinął którejś z obecnych, sprowadzając je co najwyżej do bohaterek tła). Z tym, że sama historia z pewnością dostarczy wielu momentów uśmiechu, wiele razy zaskoczy, niejednokrotnie będzie prowadzić w niespodziewane zakątki – będą przygody, będą tarapaty, będą zagadki (kilka czekających na samych czytelników).

Szukając czegoś lekkiego na lato, chwilę wytchnienia, na coś na plażę czy na wypad za miasto, „Nie ma tego Złego” powinno być znakomitym wyborem. Chyba że nie przepadacie za klasycznym fantasy typu quest. To spotkanie z czymś, co zdawać by się mogło zostało zamknięte w lamusie, a czego od czasu do czasu nam potrzeba – bezpretensjonalna i czysta zabawa, a co lepsze, jest tu też metazabawa. Dla tych, co lubią czytać i sprawia im to nieskrywaną przyjemność, nawet jeśli dzieło nie porusza ważkich tematów – tzw. pozycja obowiązkowa. A między wierszami warto szukać.

Dyskusja