Wszeteczne nie tylko morza – recenzja książki „Morza Wszeteczne”

Jeden z co bardziej płodniejszych polskich autorów fantasy Marcin Mortka doczekał się wznowienia powieści „Morza Wszeteczne”, czyli niezwykle rzadkiej na tym polu – fantasy marynistycznej. Kto jak kto, ale akurat ten pisarz to jedna z odpowiedniejszych osób do pisania takich rzeczy.

Roland zwany Wiwijasem chciał tylko odpocząć w zatęchłym mieście, pełnym podobnych jemu. Jednak los chciał, aby na jego drodze pojawiła się nienawistna załoga Błędnego Rycerza, której cel jest jeden – wyeliminować zło tego świata. A że najbliższe zło to korsarskie miasto… W takich okolicznościach przyrody, Roland staje się kapitanem wspomnianego okrętu i wraz ze swoją barwną gromadką zostaje wciągnięty w odwieczną walkę między aniołami i demonami – i to dopiero początek jego przygód.

Roland to cwana, cyniczna bestia, która dostarcza czytelnikowi wiele powodów do śmiechu. Założenie musi być tylko jedno, zaakceptować tę konwencję, ponieważ nie należy ona do specjalnie lekkostrawnych (cały czas mowa o warstwie charakterologicznej). To buc, poniżający kogo się da, zadufany w sobie indywidualista, który bryluje na plecach innych… Cóż, taki Jack Sparrow na sterydach. Ma to swój urok. To nie grzeczna historia o piratach w głębi serca szlachetnych, to banda oprychów po łokcie zanurzona w korsarskim folklorze, choć z przebłyskami dobra – co czyni ich jeszcze ciekawszymi przez tę niejednoznaczność.

Nie samym liderem książka żyje. Wspomniana załoga to liczne indywidua, tak różne od siebie i wszystkiego, co w takim uniwersum uznalibyśmy za normalne, że aż pasujące do siebie. Jakby permanentnie naćpany szaman Baobab czy Berbeluch, kuk o kanibalistycznych skłonnościach – to tylko część kolorowego wachlarza. Nikogo z nich nie da się pomylić z innym, czytelnik zaczyna prędko darzyć ich sympatiami, a na ich losie szybko zaczyna mu zależeć. Wprawdzie nie są to rozbudowane portrety psychologiczne, ale nie jest to także powieść poruszająca kwestie psychologiczne czy egzystencjalne – to wydestylowana rozrywka, której potrzeba na letni wypad, deszczowy dzień, wolny wieczór. Role są więc bardzo dobrze odegrane i pasują do konwencji.

Z fabułą nie ma ogromnych przewrotów. To nie misternie tkana opowieść o wielkich czynach i poświęceniach, próbie spojrzenia na świat w nowej perspektywie. To marynistyczna, piracka przygoda, do kroćset! Czuć to od pierwszych, napędzanych akcją stron. Czytelnik zostaje wrzucony w wir wydarzeń niemal od razu. Ot, Roland robi małą ekspozycję, tak małą, że łatwo ją przegapić, a okrętowe armaty starają się zrównać miasto z ziemią – tyle, że w tym mieście jest nasz protagonista i spółka. Właściwie ten wstęp określa całą fabułę – dynamiczna akcja, tylko chwila na złapanie oddechu, ciągła niepewność i napięcie, nie takie znane z thrillerów, tylko bardziej a’la Indiana Jones w momentach krytycznych. Sprawdza się to znakomicie. Nie ma przestojów, nie ma nudnawych fragmentów, tam, gdzie trzeba wypala strzelba, a cuda tego świata budzą zachwyt.

Potoczysty styl, lekkie pióro, brak napuszonego słownictwa sprawia, że to właściwie lektura na dwa kęsy. Ot, masz ochotę na coś naprawdę soczystego, smakowitego i z niemałą dawką humoru? „Morza Wszeteczne” spełnią wszystkie te potrzeby, a do tego zaoferują podróż w otchłań, z której nie wszyscy powrócą. Mortka stara się od czasu do czasu, spójnie ze światem i stylem, wpleść żargon marynarski, co tylko wspomaga klimat całości. Wyraźnie autor wiedział, co chce osiągnąć, co ma realizować owa powieść, co ma czuć odbiorca sięgając po nią – obietnica przygody, angażującej, acz nieskomplikowanej fabuły, barwnych a zabawnych bohaterów została spełniona. Gotowi na zew przygody napisany w taki sposób, że chce się więcej?

„Morza Wszeteczne” Marcina Mortki stanowią wyjątkowe dzieło w nurcie rozrywkowej marynistycznej fantasy. Oferuje relaks, dobrą zabawę, smaczny i niesmaczny dowcip, serię nieprzewidywalnych zwrotów akcji i dynamicznie rozwijając się historię. Samoświadoma powieść o buńczucznym kapitanie i odpowiednio zbudowanym nastroju to wielkie zaskoczenie. Znakomicie, że ktoś postanowił dać drugie życie tej opowieści.

Dyskusja