Królowa Głodu – fragment

Śniło mu się, że jest z powrotem na Kle. Stał wysoko na białej skale, a pod nim płonęła Nowa Holandia. Niebo było czerwone od ognia i szare od dymu, wapienie płakały, słysząc jęki zabijanych Holendrów. Trzymał karabin i wystrzeliwał jeden nabój za drugim, zdając sobie sprawę, że to bezcelowe. Że o wszystkim już zadecydowano i nic nie da się już zmienić. W tym śnie Kieł miał dobre sto metrów wysokości i sto bram, ale ani jedno, ani drugie nie stanowiło przeszkody dla głodnego potwora, który unicestwiał dom Brama.

Płakał wtedy. Płakał i strzelał. Potem siekał. Trafiał szablą w odnóża stwora o sześciu gardłach, a po każdym ciosie wylewała się na niego zielona flegma, dusząca i dziwnie słodka, zalepiająca gardło, nos, powieki.

Oczekiwał pomocy. Błagał o nią, modlił się, chociaż wiedział, że na żadną nie może liczyć. Oddali Utherowi wszystko – żołnierzy, pieniądze, technologię i w końcu swój honor. A on zostawił ich na łasce potwora.

Stwór machnął ogonem i choć Bram się zasłonił, cielsko strąciło go ze skały. Spadał. Prosto w dym i płomienie.

Obudził się spocony, z mocno bijącym sercem. Jakaś obręcz ściskała mu czaszkę tak mocno, że Holender miał wrażenie, że głowa zaraz mu eksploduje. Macał koc wokół siebie, bezskutecznie próbując się spod niego uwolnić.

– Spokojnie – rozległ się nieznany mu głos. – Jesteś bezpieczny. Nic ci nie grozi.

Podniósł głowę. Patrzył na szczupłego mężczyznę o rozumnej, zmęczonej twarzy. Czarne włosy, lśniące od potu i tłuszczu, gładko zaczesane były do tyłu. Pod wydatnym orlim nosem pyszniły się sumiaste wąsy, które sięgały aż do podbródka. Mężczyzna ubrany był prosto i praktycznie: w wojskowe znoszone spodnie i zwykłą lnianą koszulę.

Bram uznał, że nie ma się czego bać. Gdyby tamten chciał mu zrobić krzywdę, nie czekałby, aż Holender się obudzi.

Tymczasem czarnowłosy ściągnął z żeliwnego piecyka czajnik i nalał wrzątku do kubka. Postawił go obok Brama.

– Herbata brzozowa. Napij się.

Bram podziękował ruchem głowy. Mężczyzna usiadł na krześle w pobliżu. Z kieszeni spodni wyjął skórzaną torbę z tytoniem i kawałek papieru. Skręcił papierosa, po czym włożył sobie do ust.

– Zaatakował cię żlebodźwiedź – powiedział. – Trochę pokiereszował, ale nie jakoś bardzo strasznie. Będziesz zdrów. – Pamiętam. Zaskoczył mnie. Nie spodziewałem się tutaj żlebodźwiedzi.
– Jedno z plemion żyje dwa, trzy dni drogi na północny zachód stąd – wyjaśnił mężczyzna. – Ten, który cię zaatakował, to był renegat. Ludojad. Skrzywdził już jedną rodzinę. Tropiłem go od pewnego czasu.

Włożył patyczek do płonącego piecyka, poczekał, aż chwyci go ogień, po czym odpalił od niego skręta. Zaciągnął się głęboko aromatycznym dymem.

– Piotr Lisiecki – przedstawił się po chwili i zatoczył łuk ręką. – To moja chata. Chyba można tak powiedzieć. Została opuszczona w czasie wojny. Nie wiem, czy pierwszej, czy drugiej. Korzystam z niej, kiedy jestem w pobliżu.

Holender wziął do rąk parujący kubek i napił się gorącego naparu. Potrzebował chwili, żeby zebrać myśli i rozważyć odpowiedź.

– Bram Huygens – powiedział wreszcie. – Holender?
– Tak.
– Ja jestem Polakiem.

– Bezpaństwowiec.
– Tak nas nazywają – przyznał Lisiecki. – Ktokolwiek dzielił tę przeklętą planetę, nie uznał za stosowne, żeby oddać nam jej kawałek. Może było nas za mało. I tak skończyliśmy, bez ojczyzny, domu. A ta twoja Nowa Holandia? Powiedz szczerze, naprawdę jest twoim domem? Nie. Nasz dom jest daleko stąd. Bardzo daleko. Czasami późno w nocy, kiedy siedzę tutaj sam, zastanawiam się, czy ktoś tam, po Końcu, jeszcze żyje, a jeśli tak, to czy w ogóle o nas myśli. O tych, których pozostawili…

Zaciągnął się papierosem.

– Za dużo gadam – stwierdził nagle. – Twój koń uciekł. Nie wiem, gdzie jest, i nie miałem czasu go szukać. Wziąłem za to twoje sakwy.

– Dziękuję.
– Kim jesteś, Bram?
Holender odstawił kubek na podłogę.
– Przysłała mnie kompania handlowa Reynsensa i Klaasa. Mam zbadać sytuację, zdać raport.

Lisiecki pokręcił głową.

– Przedstawiciel kompanii handlowej? Przyjacielu, widziałem twoje papiery. Nieźle wyglądają, ale są fałszywe. Żadna kompania nie wysłałaby przedstawiciela w taką drogę samego. Przynajmniej, jeśli chciałaby, żeby żywy dotarł do celu.

– To pilna sprawa.

– Poza tym – kontynuował Polak – która kompania płaci tak dużo, że jej przedstawicieli stać na to? – Sięgnął za siebie i wyciągnął szablę Holendra, po czym wycelował czubek pióra w jego twarz.

Bram podniósł się powoli z łóżka do pozycji półsiedzącej. Serce zabiło mu mocniej.

– Nie lubi mnie – stwierdził Lisiecki.
– Mało kogo lubi.
– Dalej twierdzisz, że pracujesz dla kompanii handlowej? Holender wpatrywał się w ostrze szabli. Zastanawiał się, czy jest ona na tyle wytrzymała, żeby powstrzymać ramię Polaka. Mógłby rzucić w niego kubkiem, a potem, z odrobiną szczęścia, powalić go na ziemię, ale w porę przypomniał sobie, że jeszcze przed chwilą nie potrafił wydostać się spod cholernego koca. Był słaby, pokiereszowany i zmęczony.

Polak uśmiechnął się nagle. Delikatnie wziął ostrze w dłonie, po czym obrócił szablę rękojeścią w stronę Brama. Ten chwycił ją zaskoczony.

– Jest twoja – powiedział Lisiecki. – Czuję to. Tyle żywmetalu. Musi być warta majątek. Niemożliwe, żebyś pracował dla kompanii. Musisz być szpiegiem, przyjacielu.

Bram zacisnął usta i Polak roześmiał się na widok wrogiego wyrazu jego twarzy.

– Nie martw się, przyjacielu. Mnie to nic nie obchodzi, a w Kaźni wcale nie będziesz się wyróżniał. Tam każdy dla kogoś szpieguje. To dla Federacji, to dla Korporacji, dla kompanii handlowych, poszczególnych lordów i książąt. A ty, Bramie? Komu będziesz słał meldunki?

Holender nie odpowiedział. Lisiecki zaciągnął się po raz ostatni i wyrzucił niedopałek na podłogę. Zgniótł go podeszwą buta.

– Dobrze robisz, że nie odpowiadasz. A mnie to naprawdę nic nie obchodzi.

Dyskusja